28 grudnia 2011

Long as God can grow it!


Zapuszczam włosy już od jakiegoś czasu, a teraz postanowiłam udokumentować postęp, licząc na to, że widząc wyraźne efekty, zmotywuję się do jeszcze lepszego dbania o kudły. Przygotujcie się na mocne wrażenia...
1. Irokez
Tak, tak. Tak właśnie wyglądałam jeszcze trochę ponad rok temu. Zdjęcie pochodzi z kwietnia 2010, kiedy fryzjer wyczarował mi to cudo na głowie po raz pierwszy. We wrześniu 2010 ścięłam się tak po raz ostatni. Bardzo lubiłam tę fryzurę, akurat miałam wtedy taki okres zawirowań życiowych i spóźnionego buntu, do którego rudy irokez bardzo pasował. Tak to wyglądało od frontu:

Tak. Nieostre zdjęcie w lustrze w łazience z praniem w tle. Klasa.
Kiedy zawirowania ustały, przeszła mi ochota na krótkie włosy. Postanowiłam wreszcie wytrwać w zapuszczaniu... 

2. Wakacje 2011
Wytrwanie w zapuszczaniu postanowiłam ułatwić sobie stosowaniem odżywki po każdym myciu. Pomogło (co za niespodzianka!), nie miałam ochoty po kilku miesiącach skosić tej suchej szopy... Przekonanie się do konsekwentnej pielęgnacji włosów uważam za jeden z moich największych sukcesów (;
Pod koniec lipca, z wypłowiałą farbą i wielkim odrostem, nie odwiedzając fryzjera od września, wyglądałam już tak:


A jedyne, co z nimi mogłam zrobić, to podwójny francuz - w desperacji nauczyłam się wreszcie pleść samej sobie francuza...Sekret leży w tym, żeby nie patrzeć w lustro!


3. Stan obecny
Zdjęcie dzisiejsze, włosy świeżo po myciu, bez stylizacji.

Co teraz robię z włosami? Odżywki są w użyciu za każdym razem. Co jakiś czas maska. Staram się uważnie obserwować, co moim kudłom służy, a co nie (kiedyś by mi do głowy to nie przyszło...). Raz na tydzień olejuję Amlą, przymierzam się do innych olejów. Łykam tran. Niestety, jak widać, wróciłam do farbowania ale mój naturalny kolor bardzo mnie denerwuję... jest nijaki. Co jakiś czas zaglądam do fryzjerki, która powoli zrównuje mi grzywkę z resztą włosów. Ot, tyla. Co do efektów dbania o włosy - są spektakularne, w porównaniu do siana, które miewałam na głowie wcześniej. Dzięki Amli kudły rosną chyba dość szybko, pojawiły się też nowe, trudne do ujarzmienia i irytujące kłaczki, które jednak mimo wszystko cieszą (;


Oh, say can you see
My eyes? if you can
Then my hair's too short!

Sparklę!

No i masz. Broniłam się długo i dzielnie, ale dopadło mnie... Zaczęło się od akceptacji błyszczących cieni do powiek. Potem lakiery z drobinkami. Ostatnio, o zgrozo, nawet brokat. A teraz jeszcze to...
 
Catrice LE 
Welcome to Las Vegas 
Shimmering Powder

Z ręką na sercu - uwiodło mnie głównie opakowanie. Malutki (ok. 7cm wysokości) flakonik z pompką... Najlepsze jest w nim to, że jest odkręcany, więc gdy zawartość się skończy, będę w nim nosić perfumy w torebce! A to, że póki co znajduje się w nim sparklący puder... Też mnie jakoś nie martwi ^^

Opakowanie - jak już powiedziałam: malutki czarny flakonik ze złotą zakrętką z pompką. Zakrętka zabezpieczona jest przezroczystym plastikowym korkiem i dodatkową silikonową zatyczką, dzięki której nie psikniemy sobie pudrem przez przypadek do wnętrza korka. Złote napisy i wzorek prawdopodobnie szybko się zetrą, ale nie będę po nich płakać (: Całość jest urzekająca... Chyba to pierwszy mój kosmetyk, który kupiłam głównie ze względu na opakowanie!


Zawartość - perfumowany puder... rozświetlający? Hmm... bardziej chyba nabłyszczający. Część złotych drobinek jest w nim całkiem spora i raczej na pewno nie jest to efekt na dzień... Ale mamy przed sobą kawał karnawału, więc akurat się nada (: Ale wbrew zapewnieniom producenta (perfumed shimmering powder for face and body), nie do twarzy, chyba że ktoś lubi brokatowe piegi. Po lekkim przetarciu dłonią efekt łagodnieje. Puder dobrze zmywa się z ciała, nie będziemy się świecić jak bombka w niespodziewanych miejscach jeszcze przez kilka dni po imprezie. Jeśli chodzi o jego zapach - początkowo jest bardzo intensywny, słodko-pudrowy, ale po chwili znika. W sumie to bardzo dobrze, nie chciałabym, żeby mi na dekolcie puder konkurował z perfumami...


Na nadchodzący karnawał - jak najbardziej! (:

11 grudnia 2011

Szminka Lasting Finish - uzupełnienie!

Weszłam w piątek do Rossmanna, w celu nabycia jakiejś nagrody za nieźle przeprowadzoną lekcję na praktykach (nieźle, jak na skacowaną praktykantkę (; ). Już przed wejściem zarejestrowałam krzyczący do mnie plakat, obiecujący 25% zniżki na "najlepsze produkty Rimmel". Porwałam z półki farbę do włosów i pobiegłam na kolorówkę, a tam... Z szafy Rimmla krzyczy do mnie moja ulubiona Lasting Finish za niecałe 13zł! Poszperałam, pomacałam testery i wybrałam dwa nowe egzemplarze do mojej kolekcji.

Moją recenzję szminek Lasting Finish znajdziecie TUTAJ

A teraz, do meritum:


Do mojego zbioru trafiły odcienie:
* 127 Popstar - ciemna czerwień z nutką fioletu, jak kolor czerwonego wina. Zawiera prawie niewidoczne złote drobinki. Zdjęcia absolutnie nie oddają jej uroku...
* 214 Firecracker - lekko różowy pomarańcz, rozbielony koral (matko, ciężko opisać ten kolor), dość neonowy. Bezdrobinkowy.


Poniosłam sromotną porażkę, jeśli chodzi o uchwycenie tych odcieni na zdjęciach, co mnie strasznie wkurzyło, bo światło ostatnio jest bardzo dobre. Dlatego szminek na ustach nie zaprezentuję na blogu. Mój aparat jest naprawdę kiepski...

10 grudnia 2011

Ścierak jak się patrzy

Jakiś czas temu moja cera, po krótkotrwałym uspokojeniu, znów się sfochała i postanowiła z normalnej stać się tłustą. Niestety, stres i ogrzewanie robią, co mogą (chociaż ogrzewanie powinno raczej wysuszać?). Swoją cegiełkę do stanu mojej cery dorzuciło pewnie też odstawienie hormonów anty. Cokolwiek jest przyczyną, efekt jest taki, że codziennie świeciłam się jak bombka. I kolekcjonuję nieprzyjaciół...

I tu przyszedł w sukurs głęboko oczyszczający peeling gruboziarnisty Lirene.

Peeling ma kremową konsystencję, dość nijaki, ale nie męczący zapach i delikatnie fioletowy kolor. Zawiera dwa rodzaje drobinek: duże, niebieskie oraz nieregularne, przezroczyste i bardzo twarde. Tych drugich jest dużo więcej o to im ścierak zawdzięcza swoją moc rażenia.

Co obiecuje producent?
To właściwy kosmetyk dla ciebie, jeśli masz skórę normalną, tłustą lub mieszaną z widocznie rozszerzonymi porami, która wymaga odświeżenia, dogłębnego oczyszczenia oraz złuszczenia martwego naskórka. Peeling wygładza skórę, zmniejszając widoczność porów i przywraca jej świeży, matowy wygląd. Peeling odpowiedni dla skóry w każdym wieku.
Zawarte w peelingu drobinki peelingujące dogłębnie i niezwykle skutecznie usuwają wszelkie zanieczyszczenia skóry, zapobiegając powstawaniu nowych niedoskonałości. Wzbogacony w wyciąg z czarnej borówki i owoców tamaryndy zmniejsza widoczność rozszerzonych porów oraz normalizuje wydzielanie sebum. Nawilżające właściwości peelingu zapewniają wspaniałe uczucie komfortu i aksamitnego dotyku.

Co ja na to?
Peeling stosuję od 3 miesięcy, raz w tygodniu. Od razu po użyciu widzę efekt odświeżenia cery, który bardzo mi się podoba - twarz jest rozjaśniona, wyraźnie oczyszczona i faktycznie nie jest ściągnięta (czyli "działanie nawilżające" to nie tylko bajer na opakowaniu (: ). Niestety, nie zauważyłam zwężenia porów, natomiast twarz faktycznie świeci się po nim mniej. Znormalizował stan mojej twarzy po ataku stresorów i hormonów. Teraz wystawiłam go do walki, mam nadzieję skutecznej, z wysypem grudek, których absolutnie nienawidzę...


Podsumowując: polecam, to całkiem dobry, ostry peeling (jeśli ktoś nie lubi mocnych ścieraków do twarzy, powinien zakup gruntownie przemyśleć!).

2 grudnia 2011

Lala (po)Malowana - Electric Blue

Dziś, na przekór jesieni, intensywny, elektryzujący makijaż w bynajmniej nie jesiennym kolorze. Mocny niebieski, lekko przydymiony czernią w zewnętrznym kąciku na pewno nie jest propozycją na codzień (chociaż... co kto lubi), ale zdecydowanie poprawia humor.

Mój aparat rozmył czerń w zewnętrznym kąciku. W rzeczywistości jest ciemniejszy (:

 Do elektrycznego oka użyłam:
- bazy pod cienie ArtDeco
- korektora Pure Cover Mineral Maybelline
- cieni Sleek: Blue Lagoon na całą powiekę, Espresso Martini wzdłuż linii górnych i dolnych rzęs, w załamaniu i zewnętrznym kąciku (Curacao), Nougat w wewnętrznym kąciku i pod łukiem brwiowym (Au Naturel)
- białej kredki Essence na linii wodnej
- tuszu Collosal Volum' Express (jedyna słuszna wersja oryginalna z fioletowym napisem)
- jaśniejszego cienia z setu do brwi Essence


Takie intensywne odcienie niebieskiego świetnie podkreślą brązową i zieloną tęczówkę, szczególnie te o ciepłym odcieniu. Myślę, że jest to kolor, który wymaga odwagi... Jakoś chyba pokutuje wciąż jeszcze skojarzenie  niebieskiego cienia na powiece z przysłowiową panią z mięsnego (: 

Jak to wygląda u Was, lubicie błękity na powiekach?

[off]Dawno mnie nie było, ale walczę z  tym brakiem motywacji do czegokolwiek![/off]

15 listopada 2011

Houston! Houston! Bez problemów!

Recenzja z poślizgiem, bo limitowanka Out of Space Catrice raczej już nawet na wyprzedażach nie dogorywa, więc trudno będzie ten produkt kupić. Jednak jeśli ktoś będzie miał okazję, to może akurat mu się przyda. Albo zachęci do szukania kolorystycznego odpowiednika.

Mowa o lakierze do paznokci Houston's Favorite:


Cena / pojemność: 9,99zł / 10 ml
Kolor: przepiękny głęboki, ciemny odcień morskiego z opalizującymi turkusowymi drobinkami. Czasem błysną też fioletem, ale niestety, tylko w buteleczce...
Konsystencja: lakier jest dość gęsty, niestety. Nie da się go nałożyć cienką warstwą.
Krycie: dwie warstwy. Mimo tego, że kładzie się go dość grubą warstwą, jedna pozostawia prześwity.
Wysychanie: ze względu na grube warstwy, dość uciążliwe i długie.
Pędzelek: dość krótki, gruby, wygodny.
Zmywanie: bez problemów.
Trwałość: z bazą i topem (Inglot) wytrzymał 4 dni bez odprysków, tylko z lekko pościeranymi końcówkami. Jak na lakier Catrice, bardzo dobrze (:


14 listopada 2011

Nudne nude? Błyszczyk Maybelline

Z wielką przyjemnością przedstawiam mojego nudnego ulubieńca! Błyszczyk Maybelline Color Sensational Cream Gloss, odcień 622 Nude Pearl. Odcień, co muszę zaznaczyć, kupiony przeze mnie po raz drugi (i pewnie nie ostatni!), co się chyba do tej pory nie zdarzyło... (:


Cena - nie pamiętam, pewnie ok. 20zł
Opakowanie - klasyczne, błyszczykowe. Wyróżnia je kwadratowy przekrój. Aplikator ani za duży, ani za mały, w sam raz, nabiera wystarczającą ilość kosmetyku.
Konsystencja - gęsta, kremowa. Bardzo mi odpowiada - nic nie spływa, nie migruje ku obrysowi warg, nie włazi w załamania. Mimo swojej gęstości, nie skleja ust, może jednak tworzyć nieestetyczne kreski po potarciu warg o siebie, jeśli nałoży się go za dużo.
Odcień - kryjący, bardzo naturalny, jasny. Jest idealny tak do mocnego oka, jak i do naturalnego makijażu dziennego. Jak to z takimi jasnymi kryjącymi kolorami bywa, bez lusterka przy nakładaniu ani rusz, bo można skończyć ze smugami. Mimo że w nazwie widnieje odstraszające "pearl", a w opakowaniu można się dopatrzeć drobinek, na ustach nie są one widoczne.
Zapach -  błyszczyk pachnie jak pomarańczowa fanta czy inna oranżadka. Dla mnie bomba, szkoda tylko, że smak nie idzie w parze (:
Trwałość - myślę, że standardowa... Może trochę dłuższa ze względu na gęstą, kremową konsystencję. Znika równomiernie, jednak może wtedy podkreślać suche skórki.
Efekt:

Lubicie nudne usta? Macie jakieś swoje sprawdzone nudziaki? (:

11 listopada 2011

Współpraca? Prawie że (:


Wczoraj czekała na mnie w domu miła niespodzianka. Dostałam paczkę od firmy Flos-lek! Nie mogę powiedzieć, że całkiem niespodziewaną. Półtora tygodnia temu wypełniłam i wysłałam mailem do firmy ankietę, którą znalazłam w pudełku od żelu pod oczy. Dotyczyła kosmetyków, których używam, sugestii polepszenia produktów Flos-leku etc... Jak to ankieta dla firmy (: Co mnie do tego skłoniło? Cytuję:

Szanowna Klientko
Dziękujemy, że wybrałaś nasz produkt. FLOSLEK pragnie oferować dokładnie takie kosmetyki, jakich byś pragnęła. Zatem, jeśli chcesz mieć swój wkład oraz współuczestniczyć w tworzeniu i ulepszaniu produktów FLOSLEK PHARMA i FLOSLEK, podziel się z nami swoimi spostrzeżeniami i uwagami. (...)
Wypełnij ankietę, dołącz 1 paragon dokumentujący zakupy produktów FLOSLEK i odeślij (...)
Wówczas prześlemy Ci pełnowartościowy produkt w prezencie + próbki produktów.

Kto by się nie skusił? ^^
Muszę przyznać, że spodziewana paczka przyniosła jednak niespodziankę - nie spodziewałam się takiego bogactwa w środku! I to de facto za cenę jednego żelu pod oczy, czyli 7,50zł.


Jak widać, pełnowartościowe produkty mam dwa, a nie jeden, a i próbek nie poskąpili. Proszę bardzo:


Krem normalizujący Nawilżanie z serii Naturalne Piękno oraz balsam do ciała Happy per Aqua.






Przede mną dużo testowania! Strasznie się cieszę! Niestety, zabiorę się za testy dopiero, jak wykończę produkty, których aktualnie używam. Część próbek (tych silniejszych przeciwzmarszczkowych, pod oczy i wybielająca przebarwienia) oddałam mamie, która obiecała podzielić się jakąś recenzją (:

Nie napisałam w ankiecie, że prowadzę bloga kosmetycznego, bo i po co? Produkty nie zostały mi więc wysłane specjalnie do recenzji i moje opinie na ich temat będą pozbawione jakiegokolwiek zewnętrznego wpływu (:

8 listopada 2011

Słodkie migdały - olejek The Body Shop

Dziś przynoszę recenzję z prawdziwego zdarzenia, nareszcie. Nie mam lekko ostatnio, bo uczelnia, bo liżę rany po rozstaniu i zaczął się listopad, który od roku jest dla mnie ogólnie złym i smutnym miesiącem. Że ciężko mi się zmotywować do przygotowania na zajęcia, to jeszcze rozumiem, ale jeśli już blog, moja odskocznia i przyjemność, zaczyna zarastać kurzem, to naprawdę jest kiepsko. Wykorzystuję więc każdy przypływ inwencji. Tyle prywaty, przechodzę do konkretów.

Migdałowy olejek do paznokci i skórek The Body Shop

Zanim o głównym bohaterze tego wpisu, małe wprowadzenie.

Jakiś czas temu pisałam o mojej walce z rozdwajającymi się, suchymi paznokciami. Próbowałam wtedy kuracji odżywką Nail Tek Formuła III. Niestety, nie dała ona oczekiwanych rezultatów, być może dlatego, że zbyt szybko się niecierpliwiłam. Niestety, gdy po 3 tygodniach ciągłego stosowania nie widziałam żadnej poprawy, odżywka poszła w odstawkę. Potem próbowałam do niej podejść jeszcze dwa razy, ale chyba taka forma kuracji nie jest po prostu dla mnie - dokładanie kolejnych warstw było fajne do czwartego dnia, kiedy to odżywka złaziła płatami, zostawiając płytkę suchą i nierówną... Mam za mało cierpliwości i tolerancji dla odprysków.

Kiedy ostatecznie odstawiłam Nail Tek na półkę, zaczęłam się rozglądać za innym produktem, który mógłby mi pomóc nawilżyć paznokcie. Akurat wtedy TBS wprowadzał nowe produkty z linii do pielęgnacji dłoni, a że akurat wtedy znalazłam się w pobliżu... Same rozumiecie, pokusa przetestowania nowości jest silna.

Opakowanie - olejek zamknięty jest w plastikowym "długopisie" zakończonym pędzelkiem. Na zatyczce znajduje się ścięta gumka, która ma nam służyć do odsuwania skórek. Produkt wypływa na pędzelek, kiedy przekręci się dolną część "długopisu". Niestety, sposób dobrania się do olejku sprawia problemy, bo: a) na opakowaniu nie ma żadnej instrukcji, b) samo opakowanie nic sobą nie sugeruje - wygląda tak jednolicie, że nigdy bym się nie domyśliła, że można tam coś przekręcić!, c) pokrętło z początku chodzi bardzo opornie. Ja sama musiałam wrócić się do sklepu i spytać ekspedientkę, jak się tym ustrojstwem posługiwać... Tak więc opakowanie i fajne (pędzelek ułatwia aplikację, całość jest mała i poręczna), i niefajne. Do minusów można też zaliczyć to, że jest nieprzezroczyste, więc nie wiem, ile mi tego olejku jeszcze zostało. Z każdym przekręceniem boję się, że zaraz się skończy.


Konsystencja - pośrednia między olejkiem a żelem. Nie spływa z paznokci, nie zalewa wszystkiego wokół.

Aplikacja - jedna kropla wystarcza mi na bynajmniej nie oszczędne pokrycie paznokci jednej ręki. Trzymam olejek ok. 10 minut, a potem wcieram to, co się nie wchłonęło w paznokcie i skórki.

Zapach - słodki, ale nie mdlący, tylko przyjemny. Nie ma wyraźnych nut migdałów czy marcepanu (którego nie znoszę).

Efekty - natychmiastowe. Wiem, że do porządnego nawilżenia paznokci potrzeba regularnego stosowania przez dłuższy czas (co też zresztą zrobiłam, olejek kupiłam już jakiś miesiąc temu i gruntownie przetestowałam), ale tu już po wtarciu resztek olejku w paznokcie, czuję i widzę, że są gładkie i jakby aksamitne w dotyku, zyskują też ładniejszy kolor. W tej chwili stosuję go po zmyciu lakieru i przed nałożeniem kolejnego, a także raz na jakiś czas jak najczęściej przez kilka dni z rzędu. Paznokcie zyskały trochę elastyczności i mniej się rozdwajają. Problem wciąż jest, ale jestem chyba na dobrej drodze do jego likwidacji.
Skład:

Cena - 35zł / 1.8ml... Dużo.

Podsumowując: bardzo dobry produkt. I choć te 35zł mnie trochę kłuje, cieszę się, że go kupiłam.

7 listopada 2011

Projekt denko - październik

Kolejna odsłona miesięcznych zużyć. Powiem szczerze, że projekt denko działa - odkąd się w niego zaangażowałam, pilnuję się i zużywam sukcesywnie moje kosmetyczne zasoby. Bardzo mnie to cieszy ^^


Zużycia październikowe nie są może tak imponujące, jak wrześniowe, ale i tak cieszą oko.

Włosy

1. Spray nawilżający i nabłyszczający, Emsibeth Cosmetics - kupiony w salonie fryzjerskim - moja fryzjerka poleciła mi go, kiedy spytałam o jakiś spray chroniący przed wysoką temperaturą. Miałam akurat zniżkę na karcie na cięcie i dowolny kosmetyk, więc się zdecydowałam. Czy działa? Mam nadzieję... Nigdy nie potrafię ocenić skuteczności tego typu kosmetyków. Ogólnie dbam o włosy, więc nie wiem, czy ich dobra kondycja to wynik ochrony podczas suszenia czy odżywek, masek i olejowania. Co mi się na pewno nie podobało, to zapach kosmetyku - jak gabinet dentystyczny! Nie, dziękuję.
2. Szampon proteinowy Sesa - jego działania też nie umiem ocenić. Używałam go raz na tydzień, do zmywania Amli, więc nie mogę nic powiedzieć o jego zbawiennym (bądź nie) wpływie na włosy. Dobrze zmywał, ładnie pachniał, nie plątał włosów, ale był mało wydajny. Więcej go nie kupię, chyba że jako szampon do codziennego użytku. 
3. Odżywka do włosów L'Oreal Casting Creme Gloss - dołączona do farby Creme Gloss. Farbę uwielbiam za szeroki wybór brązów o apetycznych nazwach (obecnie mam na głowie Pralinę), odżywkę lubię za działanie i wydajność. Ot, normalna odżywka.

Twarz





1. Mój ulubiony dwufazowy płyn do demakijażu oczu Awokado Bielenda 
2. Tonik ogórkowy Ziaja - tani, wydajny, ładnie pachnący. Bardzo przyjemnie odświeża, choć w nadmiarze pozostawia trochę lepką skórę. Polecam.
3. Żele do powiek i pod oczy Floslek - wersja ze świetlikiem (w tubce) oraz ze świetlikiem i aloesem (w słoiczku) - póki co pomagają mi bardziej, niż treściwe kremy pod oczy. Odprężają skórę, lekko nawilżają, przy regularnym używaniu trochę rozjaśniają cienie pod oczami. Mam już kolejną tubkę, tym razem ze świetlikiem i chabrem bławatkiem (:

Ciało

1. Kokosowy krem do rąk Ziaja - szybko się wchłania i nie zostawia filmu, nawilża wystarczająco (dla moich niewymagających dłoni), no i ślicznie pachnie. Wielokrotnie znajomi pytali, co mam smacznego z kokosami, czyżby ktoś jadł Rafaello? (:
2. Żurawinowy peeling Joanna - ostatnio te peelingi przestały mi wystarczać, potrzebuję mocniejszych ścieraków. Żurawinę wykończyła moja mama.

Kolorówka




1. Lakier Wibo Express Growth, nr 147 - pierwszy lakier, który tak szybko wysechł na amen. Nie wiem, co się stało, kupiłam go w kwietniu, używałam z powodzeniem jeszcze w wakacje, był szczelnie zakręcony, a mimo to zgluciał niemiłosiernie. Inne EG się tak nie zachowują... Do kosza.
2. Błyszczyk ColorSensational Cream Gloss Maybelline, nr 622 Nude Pearl - mój ideał w kolorze nude. Wkrótce o nim napiszę - na zachętę powiem, że kupiłam już drugi w tym samym odcieniu, a to się nie zdarza! Wiem, że na zdjęciu wygląda, jakby był pełny, ale już nic nie mogę wygrzebać. Próbowałam nawet go ogrzać, żeby resztki spłynęły ze ścianek, jak widać, nie podziałało...

2 listopada 2011

TAG: Atqa pyta o kosmetyczne NAJ

Niezobowiązujący tag, polegający na określeniu swoich szeroko pojętych kosmetycznych "naj", wymyślony przez Atqę spodobał mi się od razu. Zapraszam do niego wszystkich chętnych - udział jest dobrowolny!

TAG: Atqa pyta o kosmetycznej naj

Najwięcej mam chyba cieni do powiek. Już same paletki Sleeka (5x12 kolorów) to niezły zbiór, a przecież to tylko część mojej kolekcji... Na drugim miejscu lakiery do paznokci(26), a na trzecim wszelkiego rodzaju mazidła do ust (19). Najmniej mam obecnie produktów do pielęgnacji - staram się używać tylko jednego balsamu/kremu na raz i nie kupować nowych, aż nie skończę tego, co mam. Nawet nie idzie mi to tak źle, jak się obawiałam (:

Najczęściej kupuję płyn micelarny Bourjois i dwufazę do demakijażu oczu Awokado Bielendy. Najbardziej żałuję, że płyn micelarny Maybelline nie jest dostępny w regularnej sprzedaży... To najlepszy micel, jakiego używałam! Czasem lustruję uważnie szafy Maybelline w nadziei, że pojawi się znów jako gratis do czegokolwiek, ale niestety, jeśli już się coś pojawia, to tylko małe buteleczki płynu dwufazowego...

Najtańsze były lakiery Miyo - około 5zł. Natomiast najdroższym kosmetykiem, jaki posiadam są perfumy Flower by Kenzo, choć i tak kupione na przecenie (: W drugiej kolejności plasuje się podkład Bourjois Healthy Mix, który ma również najbardziej praktyczne opakowanie - pompka i podnoszące się dno gwarantują, że zużyję produkt do końca! Najmniej praktycznym mogą "poszczycić się" podkłady w musie Essence - niby normalny dla tej formy podkładu słoiczek, ale... sam słoiczek jest szerszy niż jego wylot, a przy tym tak płaski, że nie sposób wydobyć produktu, który dostanie się pod wrębek, bez użycia patyczka do uszu albo bez konieczności wybierania później podkładu spod paznokci...

Najładniejsze opakowanie trudno mi wybrać, nie mam jakiś specjalnie ładnych... Może opakowanie pudru sypkiego Vipery, czarne z różowym paskiem i dołączonym bezużytecznym acz uroczym, różowym puszkiem? Mogę za to wymienić kilka typów najbrzydszych opakowań: maski do włosów Gloria, szamponu z czarnej rzepy Pollena Malwa, róży Wibo z kolekcji różanej, oleju Dabur Amla... Na szczęście dla mnie nie liczy się opakowanie, a zawartość i rzadko zdarza mi się kupić coś tylko dlatego, że ślicznie wygląda (: A tak się składa, że wszystkie te "brzydale" świetnie działają ^^

Najładniejszy zapach. Hmm... nie liczą się perfumy, prawda? No to... wspomniane wyżej róże Wibo pachną bardzo ładnie, a poza tym mogę jeszcze wymienić malinową octową płukankę do włosów Yves Rocher i niedawno kupiony szampon Tigi Bed Head Self Absorbed (promocja w TKMaxx) - ślicznie pachnie cytrusami! Najgorszy zapach ma maska Gloria (bardzo babciowy, na szczęście nie utrzymuje się na włosach...) i balsam do włosów Joanna, z Apteczki Babuni, wersja z miodem i mlekiem. Pardon, ale zapach, choć słodki, kojarzy mi się z... wymiocinami. Zaznaczam, że mój egzemplarz nie jest zepsuty, co najwyżej mój zmysł powonienia wraz z mózgiem płatają mi jakieś psikusy. No i ten nieszczęsny balsam do ciała Brazylia z Biedronki - pachnie jak czyścik do zlewu!

Najrzadziej używam wyżej wymienionej płukanki octowej. Przeważnie po prostu nie chce mi się, po spłukaniu szamponu i odżywki, płukać włosów jeszcze raz, szczególnie, że efekt, jaki daje płukanka Yves Rocher nie jest powalający. Ot, włosy się błyszczą.

Za najdziwniejszy "kosmetyk", jakiego używam, wiele osób uznałoby Amol. Amol jest dla mnie środkiem uniwersalnym, kosmetykiem, lekiem, placebo... Stosuję go punktowo na pryszcze, na skronie gdy boli mnie głowa, doustnie na łyżeczce cukru, gdy boli mnie żołądek... Znalazłabym jeszcze mnóstwo zastosowań (:

Najmniej lubiana czynność, to wszystko, co związane z pielęgnacją ciała... Jak to powinno wyglądać: masaż ciała aromatycznym balsamem, z myślą "och, będę później taka gładka i piękna!". Jak to wygląda u mnie: narastająca irytacja, "bolą mnie nadgarstki, inny krem na cycki, umyć ręce, inny na tyłek i uda, gdzie jest mój masażer?!, umyć ręce, uff... zostały łydki i ramiona, a nie, moment, co z brzuchem? a plecy? wchłaniaj się szybciej, do cholery!". Coś, co powinno mnie odprężać, relaksować niestety jest dla mnie źródłem frustracji i przykrym obowiązkiem. Dlatego najczęściej macham ręką na smarowanie. Moja skóra na szczęście się nie buntuje, tylko zużywanie idzie mi średnio. Bo niestety, lubię MIEĆ balsamy i masła do ciała...
A że już nie wspomnę o depilacji...
Najbardziej lubiana czynność to bezapelacyjnie makijaż oczu i malowanie paznokci (i drinki z palemką...). No i odkąd widzę efekty, bardzo lubię pielęgnować włosy.

W makijażu największą uwagę poświęcam zatuszowaniu sinic pod oczami, dokładnemu roztarciu cieni na powiece i precyzyjnej kresce, co też zajmuje mi najwięcej czasu.
Największy problem? Krostki i grudki na twarzy, szczególnie na brodzie. Cellulit. Rozdwajające się paznokcie. Do niedawna - suche włosy (:

Jeszcze raz zapraszam wszystkich zainteresowanych do opisania swoich NAJ!

30 października 2011

Trick or treat!

Kolejny halloweenowy makijaż, tym razem nieco bardziej makabryczny (; Może ktoś jeszcze się zainspiruje i skorzysta. Enjoy!




Jak widzicie, postanowiłam tym razem wykonać sztuczną ranę. Wykorzystałam pomysł tylkokasi, czyli cienie, klej do rzęs oraz czerwoną szminkę i błyszczyk. U mnie wyszło bardziej poparzenie niż rana, ale i tak bardzo podobał mi się efekt (: Drugie oko zostawiłam sauté, a usta pomalowałam korektorem w płynie.


Ostatni dzwonek na halloweenową imprezę! (:

22 października 2011

Poison Ivy – makijaż na Halloween (redhead inspired)

Parę dni temu redhead dodała swoją niesamowitą propozycję halloweenowego makijażu Poison Ivy i w ten sposób przypomniała mi o kurzącym się w mojej szafie kostiumie Trującego Bluszczu z sylwestra sprzed paru lat. Zainspirowana, za zgodą redhead, prezentuję dzisiaj moją stylizację, trochę stuningowaną w stosunku do tego, co zaprezentowałam na rzeczonym sylwestrze – od tamtego czasu moje umiejętności trochę ewoluowały (: 
(Zdjęcia można powiększyć)




Czerwoną perukę kupiłam na allegro, natomiast gorset i spódniczkę dostałam od koleżanki, której mama szyje suknie ślubne i studniówkowe. Ten zielony komplet nie chciał się sprzedać i miał trafić na śmietnik, więc go wzięłam. Skróciłam tylko spódnicę, oryginalnie długą do ziemi i fałdowaną tak, że wyglądała jak choinka... Powinnam mieć jeszcze zielone rajtki, ale cóż... 
Jeszcze zbliżenie na sam makijaż:


Chciałam nawiązać do formy jakiegoś liścia, a z drugiej strony do liściastej oprawy oka, jakie miała w filmie Uma, ale nie jestem pewna, czy mi się to udało (:



Na paznokciach mój hit tej jesieni - lakier Moss Temple z limitowanki Sensique Oriental Dream (:


Kosmetyki, których użyłam:

- cienie z paletek Sleek: Bad Girl (Intoxicated) i Curacao (Green Iguana, Apres Midori)
- ciemnozielona kredka My Secret z limitki Fruit Coctail
- jasnozielony cień Sensique z limitki Exotic Flower, nr 225
- tusz Colossal Volum' Express Maybelline
- sztuczne rzęsy Essence (nie uwiecznione na zdjęciu – robiłam je już po zmyciu makijażu)
- pomadka Lasting Finish Rimmel, odcień 170 Alarm (recenzja)
- baza pod cienie ArtDeco
- podkład Healthy Mix Bourjois, 51 Vanille clair
- transparentny puder sypki Vipera, nr 011
- korektor Pure Cover Mineral Maybelline 

Jak Wam się podoba? Planujecie coś na Halloween? (:

16 października 2011

Arabic eye

Dziś o bardzo udanym zakupie w ciemno:





Kohl kupiłam na paatal.pl przy okazji zamówienia Sleekowego (KLIK). Opis ze sklepu:

Hashmi KAJAL – naturalny ziołowy eyeliner, który sprawi, że Twoje oczy staną się niesamowite, tajemnicze i uwodzicielskie. Wyjątkowo głęboka czerń jaką zapewnia Hasmi KAJAL jest nieporównywalna z żadną inną uzyskaną dzięki tradycyjnym konturówkom. Nie zawiera ołowiu ani innych szkodliwych dla zdrowia substancji. Jest produkowany z najlepszych ziół leczniczych i może być stosowany zarówno przez alergików, jak i osoby noszące soczewki kontaktowe. Produkt niedostępny w polskich sklepach.
 
Skusiła mnie cena (4,95zł) oraz zapewnienie o jego naturalnym składzie. W kwestii składu muszę wprawdzie zaufać opisowi na stronie internetowej drogerii, ponieważ na opakowaniu żadnej informacji na ten temat nie ma... Ale zakupu nie żałuję (:

Cena i dostępność - 4,95zł (duży plus), dostępny tylko w sklepie internetowym paatal.pl

Opakowanie - plastikowe, dość tandetne i kiepsko rozwiązane. Plastik jest cienki i wygląda bardzo krucho, zatyczka nie jest na klik, tylko odkręcana, a sam sztyft płytko osadzony. Wszystko to zwiększa ryzyko uszkodzenia sztyftu - ja na szczęście przeczytałam o tym wcześniej i jestem bardzo ostrożna, zarówno przy otwieraniu, jak i używaniu kredki. Za opakowanie więc duży minus, ale przy tej cenie jestem w stanie je przełknąć.

Kolor - nie nazwałabym go "wyjątkowo głęboką czernią". Jest to raczej bardzo ciemny brąz, jednak na oku wygląda na czerń.


Konsystencja i aplikacja - sztyft jest twardy, nie maże się, ale na oko nakłada się gładziutko. Nie trzeba przyciskać kredki i drapać powieki, żeby uzyskać intensywną kreskę - wystarczą dwa pociągnięcia, by nabrała wyraźnego koloru.
 
Trwałość - to chyba pierwsza moja tak trwała kredka... Zostaje cały dzień tam, gdzie ma być i nie odbija się! Ksero kredki, niszczące cały makijaż, zawsze było moją zmorą, dlatego przeważnie używałam eyelinerów, a kredek ewentualnie na dolną powiekę. Kohl Hashmi zaspokaja potrzeby moich kapryśnych powiek - żałuję, że nie ma innych kolorów (:
 
Zastosowanie i efekty - kredki używam głównie do zrobienia cienkiej kreski tuż przy linii rzęs, w prawie każdym makijażu i w tej roli spisuje się rewelacyjnie. Mimo dość szerokiego sztyftu i dzięki łatwej aplikacji, kreseczka wychodzi naprawdę cieniutka i pięknie zagęszcza optycznie rzęsy. Raz czy dwa zdarzyło mi się narysować tym kohlem także grubsze kreski-jaskółki i też spisywał się znakomicie, choć dość trudno było uzyskać precyzyjnie zaostrzony koniec przy zewnętrznym kąciku. Przymierzam się jeszcze do wypróbowania jej na linii wodnej, bo jak do tej pory kredki tam zaaplikowane podrażniały mi oczy (noszę soczewki). Jak wypróbuję, dam znać (:
 
Podsumowując - fajny produkt za niewielkie pieniądze. Jeśli ktoś ma w planach jakieś zamówienie z paatal.pl, polecam dorzucić Hashmi Kajal do wirtualnego koszyka (:
 
PS. Szperając w internecie w poszukiwaniu informacji o dostępności kohla, trafiłam na ostrzeżenie sprzed prawie 5 lat, że ten produkt zawiera 4% ołowiu i nie powinien być ani sprzedawany, ani używany (źródło). Nie wiem, co o tym sądzić, ale informację podaję na wszelki wypadek. Może Wy coś podpowiecie? Prawdę mówiąc, mocno się zmieszałam... Chyba jednak nie będę próbować go nakładać na linię wodną...

15 października 2011

Tag: Tell Me About Yourself Award


Zasady:

- napisz kto przyznał Ci nagrodę 
- napisz 7 przypadkowych faktów o sobie
 - nominuj 15 blogerek


Zostałam otagowana przez niecierpka (http://niecierpek.blogspot.com/). Bardzo Ci dziękuję, kochany niecierpku, jest mi niesamowicie miło! (:

No to lecimy, 7 faktów o mnie:

1. Muszę mieć osobny ręcznik do twarzy. Zawsze. Wprawdzie jak już naprawdę muszę, to innym też wytrę twarz, ale z najwyższym obrzydzeniem... Sprawia mi to trochę problemów w podróży, bo ręczniki zabierają sporo miejsca w bagażu, a jak biorę jeden ręcznik do twarzy, jeden duży do włosów, jeden duży do ciała i ewentualnie, zależy gdzie jadę, jeden duży na plażę, to robi się ciężko.

2. Boję się pająków, ale to dość częste. Jednak, boję się też wiertarki. Nie mogę przebywać w jednym pomieszczeniu z włączoną wiertarką, bo autentycznie płaczę z nerwów.

3. Kiedyś umiałam założyć nogi za głowę i zrobić szpagat bez rozgrzewki. Nadal robię szpagat, ale już po chwili rozciągania. Nogi za głową to już tylko miłe wspomnienie.

4. Gram w League of Legends (: Jeśli ktoś by chciał ze mną pyknąć, szukajcie itril.

5. Studiuję dwa kierunki - filologię francuską (jestem na 3 roku) i historię sztuki (skończyłam szczęśliwie 3 rok po wielu perypetiach i muszę się jeszcze obronić, a właściwie napisać licencjat), a potem i tak pewnie zostanę panią nauczycielką czyli francą od franca...

6. ...chciałabym jednak w przyszłości robić coś związanego z biżuterią, którą tworzę. Albo z wizażem. Albo mieć własną knajpkę. Planów jest dużo, odwagi do ich realizacji mniej... A szkoda.

7. Miałam 3 szczury - Malucha, Tapczana i Śrubkę. Śrubka jest jeszcze ze mną i jest wbrew pozorom samcem, choć wybrakowanym, bo (z konieczności) bezjajecznym. Ze względu na to, że szczury bardzo krótko żyją (średnio 2 lata), moja przygoda z nimi zakończy się właśnie na Śrubce - choć uwielbiam te stworzenia, trudno mi się pogodzić z tym, że tak szybko umierają i nie zniosę "zastępowania" jednego ogona kolejnym.

Taguję (15 to dla mnie za dużo):

Happy birthday to... me!

Uff... Udało mi się! Baterie do aparatu kupione i włożone gdzie trzeba - mogę ruszyć z kopyta. I ruszam, zaczynając od pochwalenia się, co dostałam na urodziny. Właściwie, chciałam się tym pochwalić od razu, już tydzień temu i zaczęłam nawet radośnie obfotografowywać podarunki, ale w połowie roboty aparat zapiszczał i zdechł. Przez cały tydzień albo nie było czasu, albo pogody, albo baterii, bo ciągle zapominałam je kupić... Dopiero dzisiaj i dopiero teraz mogę do tego przysiąść ^^"

Moja kochana mama, widząc, że moja kolekcja kosmetyków kolorowych zaczyna się niebezpiecznie rozrastać, podarowała mi taką cudną kartonową komódkę z szufladkami:



Komódka ma print imitujący jeans i czarną koronkę, sprawia wrażenie bardzo solidnej i trwałej. A w szufladkach znalazłam poukrywane skarby:


1. Cienie Bourjois Smoky Eyes, na które czaiłam się już od dłuższego czasu, ale cena skutecznie mnie odstraszała. Mama wybrała dla mnie odcień 11 bleu jeans, który ja bym raczej pominęła, ale muszę jej przyznać, że ma intuicję - te niebieskości pasują do mnie i bardzo dobrze podkreślają kolor moich oczu!
Jako bonus do cieni mama dostała przy kasie brelok-miniaturkę tuszu Bourjois Volume Glamour Ultra Black. Niestety, nie będę miała z niego wielkiego pożytku, poza tym, żeby sobie dyndał przy kluczach, bo jest wyschnięty... ):
2. Pilnik i lakier Inglot 965 - pierwszy lakier tej firmy w mojej kolekcji i od razu taki piękny! 965 to stalowy odcień z granatowym połyskiem... Cudowny! Niestety, mimo bazy i topu, zaczął odpryskiwać po dwóch dniach...





A tak sobie ów prezent urodzinowy zagospodarowałam:

 

1. W największej szufladce umieściłam moje paletki Sleek i trójkę z Inglota,
2. W pierwszej szufladce po prawej trzymam moje eyelinery i bazę ArtDeco,
3. W kolejnej - pojedyncze cienie My Secret, Miyo i Inglot oraz tusz Essence,
4. A w ostatniej znalazł miejsce set Smoky Eyes i para zielonkawych cieni Essence i Sensique.
To tylko część mojej kolekcji, choć przyznam, że większa. Resztę trzymam w poprzednim miejscu, czyli w drewnianej komódce z Ikea.

Nadal się uśmiecham, jak tylko popatrzę na komódkę stojącą na moim biurku ^^