14 lipca 2011

blink-blink

Dziś nie o kosmetykach, ale o innej mojej pasji, czyli tworzeniu biżuterii.

Kolczyki zaczęłam robić w liceum. To były proste składaczki w rodzaju "dwa koraliki na druciku", potem eksperymentowałam z żyłką i piórkami, a swoje wytwory sprzedawałam koleżankom. W pewnym momencie zainwestowałam w to nawet sporo kasy i założyłam swoją stronę internetową, ale szybko się przekonałam, że to nie takie łatwe (:
A po pewnym czasie składaki przestały mnie fascynować i rzuciłam się na głęboką wodę, zafascynowana pracami pani Izy Malczyk (zajrzyjcie na jej STRONĘ ):

Zdjęcie z: link

czy też IMNIUM, czyli Ivony Posavi Pšak (koniecznie zajrzyjcie TU ) - uwielbiam jej mechaniczno-organiczne projekty!

Zdjęcie z: link

Tak więc rzuciłam się na głęboką wodę - wire wrapping, czyli tworzenie biżuterii przez owijanie drutu, tak w skrócie (:
Nie jest to łatwe i przyjemne zajęcie, drut jest dość niewdzięcznym materiałem, lubi kaleczyć i wyginać się we wszystkie strony, tylko nie tak, jak chcemy (miękki) albo w ogóle się nie wyginać (twardy), ale ostatecznie wygrana walka z nim daje mnóstwo satysfakcji. Pierwsze próby były dość żałosne (jak TA), ale jakoś się rozwijam, choć opornie, bo należę do ludzi, którzy się niesamowicie zniechęcają, gdy efekt odbiega od super-ekstra-wyrąbanej-w-kosmos-wizji-nie-do-zrealizowania...


Cały ten długi wstęp jest pretekstem do zaprezentowania najnowszego, jeszcze ciepłego i chyba najbardziej skomplikowanego jak do tej pory wytworu moich rączek. Tadamdadam:



Wisior czeka na łańcuszek, na którym mógłby zadyndać, a który już do mnie jedzie, razem z całą masą innych pierdółek (Poczto Polska! I'm watching you...). Kamień to kwarc różowy, cała baza to własnoręcznie zwijany i owijany drut posrebrzany. Całość ma 7,5 cm.

Podoba się? (:

11 lipca 2011

Zakupy wczorajszo-dzisiejsze


Wczorajsze: krem odżywczy pod oczy i na powieki Lirene, tonik oczyszczający Corine de Farme
Dzisiejsze: brązowy żelowy eyeliner (02 London baby) oraz pędzelek do smoka Essence, puder sypki My Secret
Oczywiście znakomita większość z tych produktów trafiła do mojego koszyka właściwie nie wiadomo jak i po co, bo chciałam kupić tylko krem pod oczy treściwszy niż żele z Flosleku (wczoraj) i chusteczki do demakijażu (dziś)...

Tonik Corine de Farme przyciągnął moją uwagę, bo:
a) ma na butelce napis: 99% naturalnych składników
b) jakiś czas temu miała go moja mama, więc i ja raz czy dwa użyłam i miałam dość miłe odczucia
c) ostatecznie zachęciła mnie recenzja Smieti (pisała o nim TUTAJ)

Z eyelinerem Essence polubiłam się przy poprzednim zakupie - fioletowa kreska 03 Berlin rocks towarzyszyła mi ostatnio niemal codziennie (:  Pędzelek do smoka postanowiłam wypróbować na własnej skórze, bo czytałam o nim różne opinie. Poza tym, kto by się oparł chęci posiadania pędzelka z fioletowym włosiem?
Sypki puder My Secret zdradziłam jak do tej pory tylko raz, z transparentną Viperą, bo szafa My Secret świeciła akurat pustkami przez bite 3 tygodnie, a panie w Naturze otwierały tylko usta jak rybki powtarzając, że nie mogą mi powiedzieć, kiedy ten stan ulegnie zmianie, bo nie wiedzą, co przychodzi w danej dostawie... Na Viperę nie narzekam, to bardzo dobry puder i szczerze mogę go polecić, ale mimo wszystko bez wyraźnych przyczyn z chęcią wróciłam do My Secret.

Prawdopodobnie sukcesywnie będą się pojawiać recenzje powyższych produktów. Pielęgnacja będzie musiała z oczywistych powodów trochę poczekać na występy gościnne na blogu, ale za tydzień wyjeżdżam na długi, zasłużony odpoczynek i zamierzam intensywnie tam o siebie dbać, więc pewnie po powrocie będę w stanie już powiedzieć coś bardziej konkretnego niż "tonik ładnie pachnie i ma fajną pompkę" lub "krem ma bezsensownie wielki kartonik jak na taką wąską tubkę".

9 lipca 2011

If you're going to San Francisco, be sure to wear some flowers...

... on your nails?

Sephora Nail Patch Art


Zachciało mi się sephorowych naklejek na paznokcie po tym, jak zobaczyłam ten wzór na jednym z blogów, niestety nie pamiętam na którym, bardzo przepraszam. Będąc ostatnio w Sephorze (przeceny!) obmacałam różne wzory i nie-wzory, bo gładkie naklejki też są (niech mi ktoś wytłumaczy: po co?), ale żaden nie przypadł mi do gustu tak, jak A04 chinese blossom.

Co dostajemy w paczce? 2 komplety po 8 naklejek o różnych rozmiarach, jakiś kawałek błyszczącej tekturki, nie rozgryzłam jeszcze po co, oraz instrukcję obsługi. Plus się należy za instrukcję po polsku. Ja zostałam dodatkowo poinstruowana przez panią w Sephorze, która od razu zatroszczyła się o to, czy będę umiała z produktu skorzystać. Miło.

Klik aby przeczytać

Poinstruowana więc podwójnie, zabrałam się do przyklejania. Ponieważ uznałam, że cena (29zł!) jest dość wygórowana, postanowiłam używać naklejek tylko na pojedyncze palce. Poza tym, wszystkie palce w kwiatki to zbyt duża pstrokacizna jak na mój gust, więc obyło się bez wielkich wyrzeczeń.

Sephora Nail Patch Art & Wibo Express Growth
Numeru czarnego Wibo nie podam, bo przecież oczywistością jest, że na buteleczce z czarnym lakierem powinny widnieć czarne napisy. Przecież wszystko jest doskonale czytelne, o co ci chodzi Lalu? Grrr... W każdym razie lakier spisuje się bardzo dobrze, dwie warstwy kryją dokładnie, szybko wysycha, czerń jest czarna, błyszcząca - czego chcieć więcej?

Aplikacja naklejek nie sprawia większych trudności, nawet takiemu laikowi, jak ja. Może nie wyszło mi idealnie, ale spodziewałam się gorszych efektów przy pierwszej próbie. Całość utrwaliłam zrecenzowanym w poprzedniej notce topem Manhattanu, bo jakoś mi się wierzyć nie chciało, że sama naklejka utrzyma się długo bez szwanku. I słusznie zrobiłam - poniższe zdjęcie przedstawia stan moich paznokci po przepierce ręcznej, myciu garów (bez rękawiczek) i moczeniu stóp (piling + tarka) - i jak widać, tak sephorowe naklejki, jak i lakier Wibo wyszły z tego szaleństwa bez uszkodzeń.


Podsumowując: uroczy gadżet, który pozwala urozmaicić manicure, a którego pewnie bym nie kupiła, gdyby nie śliczny wzór. Ale nie żałuję, ot taki prezent dla siebie samej po skończonej sesji (:

Sposób na malinę

Wbrew tytułowi, nie będzie o kulinariach, choć maliny kuszą, ale jeszcze za drogie. Będzie o utwardzaczo-wysuszaczu lakierowym, tak, tak. Plus, niejako przy okazji, o kosmetycznym rozczarowaniu ostatnich miesięcy, cudownie odratowanym i zrehabilitowanym dzięki wyżej wymienionemu.

Manhattan Pro Shine Top Coat - preparat utrwalająco-nabłyszczający do paznokci
Opowieść o Manhattanie zacznę nietypowo, bo od lakieru Catrice, który nabyłam w kwietniu, w euforii po udanej lekcji na praktykach z licealistami - pojechałam do Natury prosto ze szkoły, uderzyłam na szafę Catrice i zakochałam się... Lakier w pięknym, malinowym kolorze, o adekwatnej nazwie Raspberry Fields Forever wylądował przy kasie, a w domu - natychmiast na moich paznokciach.

Catrice Ultimate Nail Lacquer - 360 Raspberry Fields Forever

Niestety... Szał przedwczesny, jako że już następnego dnia końcówki niemiłosiernie się pościerały, a parę godzin później malina zaczęła odpryskiwać, w związku z czym buteleczka została rzucona w kąt ze śmiertelnym fochem, rozdartym sercem i postanowieniem, że nigdy tej cholery już nie użyję. Kolor jednak kusił... 
I nagle bang, bang! Oświeciło mnie - mam pretekst, żeby wypróbować jakiś top coat - rzecz którą do tej pory uważałam za całkowicie zbędną, bezsensowną i mającą na celu tylko wzbudzić w konsumencie poczucie nowej potrzeby, a kasa idzie z rączki do rączki. Z wahaniem zakupiłam więc top od Manhattanu.

Manhattan Speed Dry & Extreme Shine top coat
Klik by przeczytać
Speed dry, zgodzę się. Extreme shine - bez przesady. Faktycznie przedłuża trwałość lakieru, co mojej catricowej malince dobrze wróży na przyszłość - ze wspomaganiem w postaci Manhattanu wytrzymuje 3-4 dni, a to naprawdę nienajgorzej. Top nie ma typowej konsystencji lakieru (w internecie figuruje jako emulsja), jest rzadszy, ale nie spływa z płytki. Swoją drogą - top jest całkowicie przezroczysty, mój egzemplarz zawdzięcza swój różowawy odcień właśnie malince Catrice, która osadziła się na pędzelku, bo zbyt optymistycznie oceniłam stopień wyschnięcia lakieru na paznokciu. Nie przeszkadza to w żadnym razie w użytkowaniu.

Cóż, nadal uważam, że top coat nie jest artykułem pierwszej potrzeby, ale cieszę się mimo wszystko, że go mam. Przydaje się nie tylko w takich sytuacjach, jak wyżej opisany konflikt z upartym bublem, pozwalając bubla oswoić, a nawet się bublem cieszyć, ale także w takich sytuacjach jak dziś, ale o dziś będzie osobna notka (:

5 lipca 2011

Początki bywają trudne, ale...

... wcale mnie to nie zniechęca  (:

Na początku wypadałoby się przedstawić. Cóż... Malowana Lala, kłaniam się szurając nogą.
Pseudonim już dużo mówi o zamierzonej tematyce bloga - jakieś pół roku temu wsiąknęłam skutecznie w środowisko blogów kosmetycznych, a od niecałego miesiąca kiełkuje we mnie nieśmiało chęć założenia własnego. I właśnie, po długim okresie biernego śledzenia wpisów innych dziewczyn, wykiełkowała w malowanalala88.blogspot.com (:

Mam nadzieję, że kosmetyki zrobią trochę miejsca na blogu innym moim pasjom, którymi chciałabym się podzielić z szerszym gronem odbiorców, ale o nich kiedy indziej.

Na razie Malowana Lala kłania się nisko i odmeldowuje się, by rozgryzać dalej tajniki blogspota...