22 września 2011

Na górze róże...

...na dole fiołki, a Malowana Lala zakochała się w różanym różu Wibo.

Tak, tak. Parę dni temu pokazywałam pierwszy odcień, który kupiłam, a nie dalej jak wczoraj dołączył do niego kolejny, a gdyby ten ostatni z kolekcji nie był tak jasny, to pewnie też wylądowałby w moim koszyku. Zachowałam jednak resztki zdrowego rozsądku (:

Tak więc przedstawiam Wam ulubiony przeze mnie ostatnio kosmetyk do makijażu:


Róż pochodzi z limitowanej różanej kolekcji marki Wibo, która zapowiadana była w maju, pojawiła się w lipcu (we Wrocławiu dużo później), a teraz dogorywa jeszcze w niektórych Rossmanach. I na takim dogorywającym standzie, prawie kompletnym, a mocno przecenionym, dorwałam właśnie 03 Silky Rose, zachwycona jego poprzednikiem. Reszta Rose Collection nie przemówiła do mnie, ale jakby ktoś chciał jeszcze się na coś załapać, to kupiłam w Rossmanie na Powstańców Śląskich, przy skrzyżowaniu z Hallera. Może jeszcze się co ostało, a "cena na do widzenia" była mocno zachęcająca.

Cena - ok. 8zł, a w promocji ok 5zł za 4,5g
Opakowanie - białe, plastikowe, z kwiatkiem i złotymi napisami... Kiczowate. Nie podoba mi się, ale przecież nie o opakowanie tu chodzi. Grunt, że jest solidne, zatrzask nie puszcza, plastik nie pęka.
Odcienie - 01 Nude Rose to piękna ciemna brzoskwinia z nutą koralu, natomiast 03 Silky Rose to mocny, ale lekko zgaszony róż. Podoba mi się, że to odcienie naturalne, które normalnie mogłyby się pojawić na moich policzkach same z siebie, a nie jakaś wymyślna fuksja (:


Konsystencja i aplikacja - róż łatwo się nabiera na pędzel, ale nie pyli i nie osypuje się, dzięki czemu nakładanie go jest bardzo łatwe. Ładnie się rozciera.
Pigmentacja - róże są bardzo dobrze napigmentowane, co w zależności od odcienia może być zaletą albo wadą. W przypadku Nude Rose wszystko jest w porządku, natomiast Silky Rose łatwo można sobie zrobić krzywdę... Trzeba strzepywać pędzel i nakładać naprawdę minimalne ilości, bo inaczej grozi nam efekt ruskiej matrioszki przy naprawdę dużych mrozach.
Zapach - ano tak, w końcu jedną z atrakcji tej limitki było to, że kosmetyki pachną różami. Owszem, pachną, bardzo intensywnie. Ja uwielbiam zapach róż i poranny makijaż, połączony z taką aromaterapią przy machaniu pędzlem po policzkach, poprawia mi humor. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdemu ten aromat czy też jego intensywność może odpowiadać. W końcu po różu nie oczekuje się raczej zapachu (:
Trwałość - przeciętna, ale całkowicie akceptowalna. Podczas wczorajszych testów róż wytrzymał ze mną w nienaruszonym stanie około 3 godzin, a potem zaczął równomiernie znikać, jednak nie zniknął do końca. Warto jednak pamiętać, że często dotykam twarzy, opieram się na ręce albo pokładam na ramionach, więc trudno, żeby cokolwiek wytrzymało na moich policzkach w nienaruszonym stanie...
Efekty? Naturalne, świeże rumieńce. Nałożyłam tym razem trochę więcej, żeby aparat mi nie zjadł odcieni. Mam nadzieję, że różnica między nimi jest widoczna (:


Mnie całkowicie uwiodły, w tej chwili nie używam innych - zdetronizowały dotychczasowego ulubieńca w tej kategorii, Essence Silky Touch w odcieniu Adorable...

2 komentarze:

  1. Nude rose jest baaardzo w moim typie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. @ Cat Girl: Jeśli jeszcze gdzieś znajdziesz, to naprawdę polecam!

    OdpowiedzUsuń

Spam zjedzą ryby.