30 października 2011

Trick or treat!

Kolejny halloweenowy makijaż, tym razem nieco bardziej makabryczny (; Może ktoś jeszcze się zainspiruje i skorzysta. Enjoy!




Jak widzicie, postanowiłam tym razem wykonać sztuczną ranę. Wykorzystałam pomysł tylkokasi, czyli cienie, klej do rzęs oraz czerwoną szminkę i błyszczyk. U mnie wyszło bardziej poparzenie niż rana, ale i tak bardzo podobał mi się efekt (: Drugie oko zostawiłam sauté, a usta pomalowałam korektorem w płynie.


Ostatni dzwonek na halloweenową imprezę! (:

22 października 2011

Poison Ivy – makijaż na Halloween (redhead inspired)

Parę dni temu redhead dodała swoją niesamowitą propozycję halloweenowego makijażu Poison Ivy i w ten sposób przypomniała mi o kurzącym się w mojej szafie kostiumie Trującego Bluszczu z sylwestra sprzed paru lat. Zainspirowana, za zgodą redhead, prezentuję dzisiaj moją stylizację, trochę stuningowaną w stosunku do tego, co zaprezentowałam na rzeczonym sylwestrze – od tamtego czasu moje umiejętności trochę ewoluowały (: 
(Zdjęcia można powiększyć)




Czerwoną perukę kupiłam na allegro, natomiast gorset i spódniczkę dostałam od koleżanki, której mama szyje suknie ślubne i studniówkowe. Ten zielony komplet nie chciał się sprzedać i miał trafić na śmietnik, więc go wzięłam. Skróciłam tylko spódnicę, oryginalnie długą do ziemi i fałdowaną tak, że wyglądała jak choinka... Powinnam mieć jeszcze zielone rajtki, ale cóż... 
Jeszcze zbliżenie na sam makijaż:


Chciałam nawiązać do formy jakiegoś liścia, a z drugiej strony do liściastej oprawy oka, jakie miała w filmie Uma, ale nie jestem pewna, czy mi się to udało (:



Na paznokciach mój hit tej jesieni - lakier Moss Temple z limitowanki Sensique Oriental Dream (:


Kosmetyki, których użyłam:

- cienie z paletek Sleek: Bad Girl (Intoxicated) i Curacao (Green Iguana, Apres Midori)
- ciemnozielona kredka My Secret z limitki Fruit Coctail
- jasnozielony cień Sensique z limitki Exotic Flower, nr 225
- tusz Colossal Volum' Express Maybelline
- sztuczne rzęsy Essence (nie uwiecznione na zdjęciu – robiłam je już po zmyciu makijażu)
- pomadka Lasting Finish Rimmel, odcień 170 Alarm (recenzja)
- baza pod cienie ArtDeco
- podkład Healthy Mix Bourjois, 51 Vanille clair
- transparentny puder sypki Vipera, nr 011
- korektor Pure Cover Mineral Maybelline 

Jak Wam się podoba? Planujecie coś na Halloween? (:

16 października 2011

Arabic eye

Dziś o bardzo udanym zakupie w ciemno:





Kohl kupiłam na paatal.pl przy okazji zamówienia Sleekowego (KLIK). Opis ze sklepu:

Hashmi KAJAL – naturalny ziołowy eyeliner, który sprawi, że Twoje oczy staną się niesamowite, tajemnicze i uwodzicielskie. Wyjątkowo głęboka czerń jaką zapewnia Hasmi KAJAL jest nieporównywalna z żadną inną uzyskaną dzięki tradycyjnym konturówkom. Nie zawiera ołowiu ani innych szkodliwych dla zdrowia substancji. Jest produkowany z najlepszych ziół leczniczych i może być stosowany zarówno przez alergików, jak i osoby noszące soczewki kontaktowe. Produkt niedostępny w polskich sklepach.
 
Skusiła mnie cena (4,95zł) oraz zapewnienie o jego naturalnym składzie. W kwestii składu muszę wprawdzie zaufać opisowi na stronie internetowej drogerii, ponieważ na opakowaniu żadnej informacji na ten temat nie ma... Ale zakupu nie żałuję (:

Cena i dostępność - 4,95zł (duży plus), dostępny tylko w sklepie internetowym paatal.pl

Opakowanie - plastikowe, dość tandetne i kiepsko rozwiązane. Plastik jest cienki i wygląda bardzo krucho, zatyczka nie jest na klik, tylko odkręcana, a sam sztyft płytko osadzony. Wszystko to zwiększa ryzyko uszkodzenia sztyftu - ja na szczęście przeczytałam o tym wcześniej i jestem bardzo ostrożna, zarówno przy otwieraniu, jak i używaniu kredki. Za opakowanie więc duży minus, ale przy tej cenie jestem w stanie je przełknąć.

Kolor - nie nazwałabym go "wyjątkowo głęboką czernią". Jest to raczej bardzo ciemny brąz, jednak na oku wygląda na czerń.


Konsystencja i aplikacja - sztyft jest twardy, nie maże się, ale na oko nakłada się gładziutko. Nie trzeba przyciskać kredki i drapać powieki, żeby uzyskać intensywną kreskę - wystarczą dwa pociągnięcia, by nabrała wyraźnego koloru.
 
Trwałość - to chyba pierwsza moja tak trwała kredka... Zostaje cały dzień tam, gdzie ma być i nie odbija się! Ksero kredki, niszczące cały makijaż, zawsze było moją zmorą, dlatego przeważnie używałam eyelinerów, a kredek ewentualnie na dolną powiekę. Kohl Hashmi zaspokaja potrzeby moich kapryśnych powiek - żałuję, że nie ma innych kolorów (:
 
Zastosowanie i efekty - kredki używam głównie do zrobienia cienkiej kreski tuż przy linii rzęs, w prawie każdym makijażu i w tej roli spisuje się rewelacyjnie. Mimo dość szerokiego sztyftu i dzięki łatwej aplikacji, kreseczka wychodzi naprawdę cieniutka i pięknie zagęszcza optycznie rzęsy. Raz czy dwa zdarzyło mi się narysować tym kohlem także grubsze kreski-jaskółki i też spisywał się znakomicie, choć dość trudno było uzyskać precyzyjnie zaostrzony koniec przy zewnętrznym kąciku. Przymierzam się jeszcze do wypróbowania jej na linii wodnej, bo jak do tej pory kredki tam zaaplikowane podrażniały mi oczy (noszę soczewki). Jak wypróbuję, dam znać (:
 
Podsumowując - fajny produkt za niewielkie pieniądze. Jeśli ktoś ma w planach jakieś zamówienie z paatal.pl, polecam dorzucić Hashmi Kajal do wirtualnego koszyka (:
 
PS. Szperając w internecie w poszukiwaniu informacji o dostępności kohla, trafiłam na ostrzeżenie sprzed prawie 5 lat, że ten produkt zawiera 4% ołowiu i nie powinien być ani sprzedawany, ani używany (źródło). Nie wiem, co o tym sądzić, ale informację podaję na wszelki wypadek. Może Wy coś podpowiecie? Prawdę mówiąc, mocno się zmieszałam... Chyba jednak nie będę próbować go nakładać na linię wodną...

15 października 2011

Tag: Tell Me About Yourself Award


Zasady:

- napisz kto przyznał Ci nagrodę 
- napisz 7 przypadkowych faktów o sobie
 - nominuj 15 blogerek


Zostałam otagowana przez niecierpka (http://niecierpek.blogspot.com/). Bardzo Ci dziękuję, kochany niecierpku, jest mi niesamowicie miło! (:

No to lecimy, 7 faktów o mnie:

1. Muszę mieć osobny ręcznik do twarzy. Zawsze. Wprawdzie jak już naprawdę muszę, to innym też wytrę twarz, ale z najwyższym obrzydzeniem... Sprawia mi to trochę problemów w podróży, bo ręczniki zabierają sporo miejsca w bagażu, a jak biorę jeden ręcznik do twarzy, jeden duży do włosów, jeden duży do ciała i ewentualnie, zależy gdzie jadę, jeden duży na plażę, to robi się ciężko.

2. Boję się pająków, ale to dość częste. Jednak, boję się też wiertarki. Nie mogę przebywać w jednym pomieszczeniu z włączoną wiertarką, bo autentycznie płaczę z nerwów.

3. Kiedyś umiałam założyć nogi za głowę i zrobić szpagat bez rozgrzewki. Nadal robię szpagat, ale już po chwili rozciągania. Nogi za głową to już tylko miłe wspomnienie.

4. Gram w League of Legends (: Jeśli ktoś by chciał ze mną pyknąć, szukajcie itril.

5. Studiuję dwa kierunki - filologię francuską (jestem na 3 roku) i historię sztuki (skończyłam szczęśliwie 3 rok po wielu perypetiach i muszę się jeszcze obronić, a właściwie napisać licencjat), a potem i tak pewnie zostanę panią nauczycielką czyli francą od franca...

6. ...chciałabym jednak w przyszłości robić coś związanego z biżuterią, którą tworzę. Albo z wizażem. Albo mieć własną knajpkę. Planów jest dużo, odwagi do ich realizacji mniej... A szkoda.

7. Miałam 3 szczury - Malucha, Tapczana i Śrubkę. Śrubka jest jeszcze ze mną i jest wbrew pozorom samcem, choć wybrakowanym, bo (z konieczności) bezjajecznym. Ze względu na to, że szczury bardzo krótko żyją (średnio 2 lata), moja przygoda z nimi zakończy się właśnie na Śrubce - choć uwielbiam te stworzenia, trudno mi się pogodzić z tym, że tak szybko umierają i nie zniosę "zastępowania" jednego ogona kolejnym.

Taguję (15 to dla mnie za dużo):

Happy birthday to... me!

Uff... Udało mi się! Baterie do aparatu kupione i włożone gdzie trzeba - mogę ruszyć z kopyta. I ruszam, zaczynając od pochwalenia się, co dostałam na urodziny. Właściwie, chciałam się tym pochwalić od razu, już tydzień temu i zaczęłam nawet radośnie obfotografowywać podarunki, ale w połowie roboty aparat zapiszczał i zdechł. Przez cały tydzień albo nie było czasu, albo pogody, albo baterii, bo ciągle zapominałam je kupić... Dopiero dzisiaj i dopiero teraz mogę do tego przysiąść ^^"

Moja kochana mama, widząc, że moja kolekcja kosmetyków kolorowych zaczyna się niebezpiecznie rozrastać, podarowała mi taką cudną kartonową komódkę z szufladkami:



Komódka ma print imitujący jeans i czarną koronkę, sprawia wrażenie bardzo solidnej i trwałej. A w szufladkach znalazłam poukrywane skarby:


1. Cienie Bourjois Smoky Eyes, na które czaiłam się już od dłuższego czasu, ale cena skutecznie mnie odstraszała. Mama wybrała dla mnie odcień 11 bleu jeans, który ja bym raczej pominęła, ale muszę jej przyznać, że ma intuicję - te niebieskości pasują do mnie i bardzo dobrze podkreślają kolor moich oczu!
Jako bonus do cieni mama dostała przy kasie brelok-miniaturkę tuszu Bourjois Volume Glamour Ultra Black. Niestety, nie będę miała z niego wielkiego pożytku, poza tym, żeby sobie dyndał przy kluczach, bo jest wyschnięty... ):
2. Pilnik i lakier Inglot 965 - pierwszy lakier tej firmy w mojej kolekcji i od razu taki piękny! 965 to stalowy odcień z granatowym połyskiem... Cudowny! Niestety, mimo bazy i topu, zaczął odpryskiwać po dwóch dniach...





A tak sobie ów prezent urodzinowy zagospodarowałam:

 

1. W największej szufladce umieściłam moje paletki Sleek i trójkę z Inglota,
2. W pierwszej szufladce po prawej trzymam moje eyelinery i bazę ArtDeco,
3. W kolejnej - pojedyncze cienie My Secret, Miyo i Inglot oraz tusz Essence,
4. A w ostatniej znalazł miejsce set Smoky Eyes i para zielonkawych cieni Essence i Sensique.
To tylko część mojej kolekcji, choć przyznam, że większa. Resztę trzymam w poprzednim miejscu, czyli w drewnianej komódce z Ikea.

Nadal się uśmiecham, jak tylko popatrzę na komódkę stojącą na moim biurku ^^

14 października 2011

Niecierpek rozdaje

Znów notka z rozdaniem, bo nie kupiłam baterii do aparatu. Logiki w tym pozornie nie ma, ale uwierzcie mi na słowo, że ciąg przyczynowo-skutkowy jednak tam jest (:
W każdym razie, połakomiłam się na takie cuda:

Rozdania uzależniają!

7 października 2011

Lala (po)Malowana - Sleek razy dwa

Musiało do tego kiedyś dojść - dziś na blogu będzie miało premierę moje oko. Mało tam, że oko. Oko we własnoręcznie wykonanym makijażu! Właściwie to nawet dwoje oczu i dwa makijaże... Nie bijcie za bardzo, to pierwsze moje podejście (: Wszelkie sugestie poprawek są bardzo mile widziane.

W obu makijażach użyłam: korektora Pure Cover Mineral Maybelline, bazy pod cienie Art Deco, czarnej kredki Hashmi Kajal, tuszu Collosal Maybelline oraz jaśniejszego cienia z setu do brwi Essence.

 
Do irysa użyłam cieni Sleek:
  1. Curacao: fioletowy Purple Haze (na całą powiekę),
  2. Bad Girl: ciemnofioletowy Twilight (w zewnętrznym kąciku), perłowy kremowy Gullible (w wewnętrznym kąciku i do roztarcia cieni),
  3. Sunset: jasny żółtozłoty (kreska na dolnej powiece)


Do czekolady z miętą użyłam cieni Sleek:
  1. Au Naturel: czekoladowy Bark (wzdłuż linii górnych i dolnych rzęs, w zewnętrznym kąciku i w załamaniu powieki), jasny Nougat (w wewnętrznym kąciku i pod łukiem brwiowym),
  2. Curacao: miętowy Blue Hawaiian (na całą powiekę),
  3. Oh So Special: perłowa różowa miedź Organza (na dolnej powiece, ale mój aparat postanowił ją zjeść)
(I przepraszam za rzęsy, dopiero na zdjęciu zobaczyłam, jak bardzo się posklejały...)

Jak Wam się podoba? (:

Sleek madness!

O boru liściasty... Jestem w sleekowej ekstazie! Listonosz uszczęśliwił mnie dzisiaj wielką paczką z moim zamówieniem z paatal.pl - dla mnie trzy paletki, dla mojej mamy jedna i dla przyjaciółki dwie, w sumie 6!

Na zdjęciu moje zamówienie: Storm i Bad Girl razy dwa, Curacao i Au Naturel. Oprócz tego Oh So Special i Sunset, które miałam już wcześniej w swoich zbiorach (:
Komplet Storm i Bad Girl idzie do przyjaciółki, natomiast drugi Storm zasilił kosmetyczne szeregi mojej mamy i bardzo przypadł jej do gustu. Zamierzam jej podkradać (:

Obecnie mój zbiór Sleeka prezentuje się więc tak (oprócz maminego Storm w lewym dolnym rogu):


Bad Girl
Urzekła mnie pięknymi granatami i ciemnymi fioletami. Zielenie też są niczego sobie. W mojej mamie też wzbudziła zachwyt (:


Curacao
Mało mam cieni w intensywnych, soczystych kolorach (ten fiolet i mięta!)... Wiem, że już po lecie, ale co tam. Należy łamać schematy (:


Au Naturel
Miałam niezły dylemat czy ją kupić... Po zdjęciach promocyjnych już właściwie wyciągałam portfel, ale po pierwszych słoczach już nie pałałam takim entuzjazmem. Kolejne recenzje jednak przekonywały mnie coraz bardziej i stwierdziłam ostatecznie, że takich nudnych kolorów nigdy za dużo, a nawet im ich więcej, tym mniej nudne się stają. I mam!


Sunset i Oh So Special
Sunset kupiłam jako pierwszą, skuszona miedzianymi i jasnymi odcieniami w tej paletce. OSS dołączyła trochę później, ale tak szybko, jak tylko się dało - w tej palecie absolutnie się zakochałam. W całej.
Tu ciekawostka: obie te palety uległy jakimś wypadkom i w obu trafiło na najmniej przydatne według mnie cienie - Sunset spadła na kant szuflady akurat pomarańczowym cieniem, który najmniej mi się podoba, a w OSS wczoraj wykruszył się czarny, który jest w każdej paletce (:


No nie mogę się na te cudeńka napatrzeć ^^ Już się pobawiłam nimi na próbę - w kolejnym poście dwa oczka w Sleeku (:

6 października 2011

Kajam się + ulubieńcy września

Na początek pokajam się - mniej mnie tutaj, bo i czasu mam mniej. We wrześniu miałam praktyki w liceum, teraz zaczął się nowy semestr, oczywiście od zamieszania z planem (zamieszanie trwa już drugi tydzień, a końca nie widać)... Mam też trochę problemów poza sferą uczelnianą. Cóż, oby wszystko niedługo ruszyło z kopyta ku lepszemu, bo nie ręczę za siebie.

Dziś jeszcze zapraszam na zestawienie ulubieńców miesiąca. Mam jednak zamiar już niedługo ruszyć z konkretnymi recenzjami (:
(Ponieważ to moje pierwsze zestawienie ulubieńców, pojawią się w nim nie tylko odkrycia miesiąca, ale też pewniaki, które kupuję stale)

Pielęgnacja twarzy


Żel micelarny do mycia i demakijażu Be Beauty - z kategorii zeszłomiesięcznych odkryć. Oczyszcza świetnie, zmywa resztki makijażu (zawsze najpierw zmywam twarz płynem do demakijażu), nie podrażania. Nie do końca zgodzę się z tym, co producent pisze o działaniu nawilżającym i uczuciu komfortu po zastosowaniu - żel trochę ściąga skórę, ale nie uważam tego za wadę, bo później i tak stosuję krem, który likwiduje to odczucie. Za tę cenę (4,99zł) - bajka.
Płyn micelarny Bourjois i dwufazowy do demakijażu oczu Awokado Bielenda - ulubieńcy od zawsze i (oby) na zawsze. Bourjois służy mi do demakijażu całej twarzy, a Bielenda - oczu i ewentualnie ust.
Głęboko oczyszczający peeling gruboziarnisty Lirene - odkrycie! Nie lubię nijakich ścieraków do twarzy - ten taki nie jest. Drobinki są konkretne i ostre, ale nie podrażniają cery. Oprócz oczyszczenia producent obiecuje jeszcze nawilżenie i zwężenie porów. W kolejce do recenzji (:
Nawilżający kremowy mus na dzień i na noc Lirene - używam jako kremu na noc, bo jednocześnie kupiłam emulsję Olay na dzień. Szkoda, teraz chętnie używałabym tego cudeńka rano, wieczorem i jeszcze pewnie po drodze. Jeśli ten pan nie sprawi mi jakiejś przykrej niespodzianki, to na pewno na stałe zagości w mojej kosmetyczce. Ma cudowną konsystencję, szybko się wchłania i nawilża tak, jak powinien. Dodatkowo ma śliczny owocowo-słodki zapach (:

Pielęgnacja ciała i włosów


Głęboko nawilżający wosk do włosów z miodem Beauty Formulas - cudo! Niesamowicie odżywia włosy i ma słodki miodowy zapach. Na opakowaniu znajduje się informacja, że wystarcza na 3-4 zastosowania, ale dla mnie to bzdura. Używam go raz na tydzień od miesiąca, moja mama też go podkrada, a w tubce jest jeszcze przynajmniej połowa zawartości.
Nail Tek Formuła III Protection Plus - tak, tak. Mimo ostatniego rozczarowania ten produkt znalazł się wśród moich ulubieńców - po prostu działa. Ja byłam zbyt niecierpliwa. Używałam 3 tygodnie, wtedy zdarzył się ten okropny wypadek z środkowym palcem prawej ręki, więc obraziłam się na NT, ale po kilku dniach wróciłam i używałam kolejne 2 tygodnie i... tadam! Działa! Paznokcie są mocne i elastyczne, już się nie rozdwajają (na razie, tfytfytfy). Myślę, że co jakiś czas zrobię sobie tydzień-dwa kuracji tym NT, żeby odpoczęły od kolorowych lakierów.
Krem do stóp i paznokci Be Beauty - nigdy nie używałam kremu stricte do stóp, więc może dlatego ten produkt jest moim ulubieńcem, ale chyba mogę stwierdzić, że działa - zmiękcza i nawilża skórę stóp. Poza tym ładnie pachnie (cytrusami i szałwią) i trochę długo się wchłania, zostawiając na skórze lepką warstewkę. To chyba jedyna jego wada - w końcu, lepkie stopy to nic przyjemnego.

Kolorówka


Róże z różanej kolekcji Wibo - recenzja
Baza pod cienie Art Deco i tusz Collosal Maybelline - ulubieńcy od zawsze na zawsze. Są tu właściwie pro forma, to oczywista oczywistość (:
Kredka Eye Max Precision Eveline - czarna automatyczna kredka z gąbeczką do rozcierania. Miękka, trwała, dobrze wygląda zarówno solo (lekko rozmazana), jak i w większym makijażu.
Paletka Sleek Oh So Special - pozostałe cienie właściwie poszły w odstawkę w tym miesiącu, OSS jest cudowny... A już do mnie jadą kolejne 3 paletki Sleek. Będę miała zapas cieni do końca życia...
Cień Inglot 353 (matte), zaznaczony czerwoną kropą - kupiony jako następca absolutnie genialnego cienia Bow ze Sleek OSS (górny lewy) - jak widać w Bow już dogrzebałam się dna... Inglot jest mniej napigmentowany i ma inną, bardziej pudrową konsystencję, ale nie kupię przecież całej nowej OSS dla tego jednego cienia... Aż tak mnie jeszcze nie opętało (: Tak Bow, jak i Inglota używam w wewnętrznych kącikach oczu i pod łuk brwiowy.

Dajcie znać, jeśli coś Was zaciekawiło, napiszę recenzję tych produktów w pierwszej kolejności (:

3 października 2011

Rozdanie u N.

Tym razem N. skusiła mnie zestawem pędzli i paletką Sleek. Mam nadzieję, że tym razem mi się poszczęści (: