29 maja 2012

Zacukrować łobuzów!

Z takim okrzykiem bojowym, żywcem wydartym z gardła Mustruma Ridcully'ego (T. Pratchett, Kosiarz bodajże), rzuciłam się eliminować sierść. Tak tak... Lato za pasem, bluzki bez rękawów to dla mnie konieczność, a i kostiumy kąpielowe nieśmiało zaczynają wyglądać z szafy i machać do mnie ze sklepowych wieszaków. A ja mam już dość marnowania czasu na golenie stref, nazwijmy to, newralgicznych. Tym bardziej, że u mnie te strefy stały się jakieś kapryśne i na maszynkę reagują podrażnieniem, utrzymującym się parę dni.

Początkowo pomyślałam, że po prostu pójdę do kosmetyczki, niech mnie wywoskuje na gładko i będzie spokój, ale jakoś wstyd i strach przed bólem wzięły górę. Przypadkiem trafiłam na entuzjastyczny wpis na znajomym blogu dotyczący pasty cukrowej, postanowiłam więc też przygotować sobie taką pastę.
Wczoraj, bezmyślnie zupełnie, bez prób pogłębienia wiedzy (znajoma opisała proces przygotowawczy bardzo pobieżnie), rozpuściłam cukier z sokiem z cytryny, przelałam do pojemnika, odczekałam, aż wystygnie i nabrałam na palce... Porażka. Cukier nie rozpuścił się do końca, a całość zastygała mi w ręce na twardy cukierek. Zniechęciłam się, ale jeden rzut oka na leżącą na umywalce maszynkę oraz drugi, na cenniki depilacji cukrowej w internecie (~70zł!) wystarczył, żeby podjąć kolejną próbę.
Tym razem przeczytałam uważnie kilka stron wątku na wizażu (klik) i postępowałam zgodnie z instrukcją:


Postawiłam na gazie i pilnowałam niemal fanatycznie, bo masy nie można przegotować, bo się jej nie da wyrobić, ani gotować za krótko, bo się będzie mazać. Idealny stan to masa o ciemnobursztynowym kolorze, która po całkowitym wystygnięciu jest twarda jak kamień. Wszystko zresztą jest ładnie opisane na wizażu (link wyżej).
Z początku całkiem przezroczysty syrop nabierał stopniowo barwy słomkowej, później piwnej (i jak piwo się pienił), karmelowej, ciemnobrązowej... Co jakiś czas kapałam łyżką kropelkę masy na spodeczek, żeby sprawdzić jaki ma rzeczywiście kolor (w garnku wygląda na dużo ciemniejszą!) i jak zastyga.


W końcu uznałam, że wszystko jest ok, przelałam słodką masę do pojemnika i odstawiłam do ostygnięcia, a potem do lodówki. Dzisiaj przystąpiłam do tortur upiększających. Po lekkim podgrzaniu pojemnika w misce z gorącą wodą, wydłubałam kawałek ciągnącej się masy i zaczęłam wyrabiać. Na początku twardawa, przejrzysta jak żywica, w trakcie 3 minut ugniatania stała się mleczna i miękka jak plastelina:


Zaczęłam z grubej rury - od bikini, bo na tym zależało mi najbardziej. Rozsmarowałam kulkę masy palcem po ciele, wzięłam głęboki oddech i szarpnęłam. Coś niesamowitego... Sierść wyrwana z cebulkami, a ja się nawet nie skrzywiłam, nie mówiąc o krzyczeniu czy zwijaniu się z bólu. Zabolało, jasne, ale nie tak, jak się obawiałam w tym miejscu. Nie mam porównania z depilacją woskiem, ale na pewno boli DUŻO MNIEJ niż depilator (tak, w desperacji próbowałam. Auć.) czy pęseta. A ja mam dość niski próg bólu, warto zaznaczyć.
Jednej kulki można używać wielokrotnie w czasie jednej "sesji" depilacji, zagniatając ją ponownie po każdym oderwaniu od skóry. Przynajmniej dopóki nie zacznie się ciągnąć i mazać. Wtedy przykleja się do ciała na amen i trzeba wleźć pod prysznic, żeby delikwenta spłukać... 

Podsumowując plusy i minusy metody:
+ trwała (ok. 2-4 tyg spokoju, zależnie od tempa wzrostu włosów)
+ skuteczna
+ tania
+ mało bolesna (choć to kwestia dość indywidualna)
+ gotową pastę można przechowywać w zamkniętym pojemniku, a nawet zabrać na dłuższy wyjazd
+ nie podrażnia skóry - prosty, naturalny skład

- czasochłonna (biorę pod uwagę, że to pierwsze podejście i włoski będą teraz odrastać słabsze i rzadsze = będzie szło szybciej)
- przygotowanie pasty to niezła babranina

Minusy zdecydowanie nie przesłaniają tutaj plusów (; Próbowałyście tej metody? Co sądzicie o cukrowaniu?

11 komentarzy:

  1. nigdy tego na sobie nie próbowałam

    OdpowiedzUsuń
  2. o kurczę, fajne! ale boję się że zjadłabym większość... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, istnieje takie ryzyko, pasta jest smaczna ^^ Chociaż, gdy jej użyłam w wiadomy sposób, na resztę nie patrzę już tak łakomie (;

      Usuń
  3. Słomkowa barwa? To muszę spróbować \^^/
    A tak serio - myślę, że kiedyś spróbuję, ale jak już będę sama i Rodzicielka nie będzie mi zerkać przez ramię, co ja pichcę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi Rodzicielka zaglądała przez ramię i wywracała oczami z przerażeniem i niedowierzaniem (;

      Usuń
  4. Agnieszko, Ty możesz pisać nawet o depilacji, a i tak się czyta jak, nie przymierzając, karmel na serce :)
    cukrowanie stosuje moja znajoma, ale za pośrednictwem salonu kosmetycznego, który "goli ją" na tym ładnie... dobra opcja przed latem, jeśli się chce pozbyć wroga na dłużej. spróbujemy!
    sto pozdrowień, Marcia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze miło coś takiego przeczytać ^^ Bardzo dziękuję za komplement.
      Koniecznie daj znać, jak Ci poszło! (:

      Usuń
    2. Aga, pierwsze wrażenie z frontu - zdaje się, że uratowałaś moje lato tym przepisem :)) przede wszystkim - pasta pięknie nabiera koloru w garnku, można sobie wyobrazić, że się gotuje bursztyny ;) a co do samego procesu - pierwszą kulkę przykleiłam jakoś przypadkowo i od razu poczułam, że to działa! dziś dalsza walka z kobietą pierwotną i wieczór dla urody! dzięki!!!

      Usuń
    3. Nie ma sprawy, cieszę się, że sposób jest skuteczny (: Niestety, kiedy ostatnio chciałam się zacukrować, zauważyłam, że pasta nie pozostaje niewrażliwa na temperaturę powietrza i w tym upale zupełnie odmówiła mi współpracy... ):

      Usuń
  5. Chyba mnie przekonałaś do tej metody, bo od dawna nad nią dumam i coś zebrać się w sobie nie mogę :) ale teraz... chyba nadszedł ten moment, w którym muszę się zebrać w sobie :P

    OdpowiedzUsuń

Spam zjedzą ryby.