17 lipca 2012

Trupi koszmarek - pomadka Astor

Rzadko się zdarza, żebym pisała o bublach. Może to błąd... Śpieszę więc z recenzją nie-do-końca-bubla. Dlaczego "nie do końca"? Let's see...


Dzisiaj na tapecie pomadka Rouge Couture Astor.

Cena - nie pamiętam, mam ją już od dość dawna. Wizaż mówi, że ok. 28zł
Opakowanie - dość oryginalne (: Dzięki trzem "modułom" i czarno-złotej kolorystyce wygląda całkiem elegancko. Zamyka się na klik i jest solidne.
Konsystencja - kremowa, łatwo ślizga się po ustach, nie podkreśla suchych skórek, nie wysusza.
Zapach -  jakby lekko owocowy. Coś jak melon połączony z typowym zapachem szminki.
Trwałość - łatwo się ściera, szybko się zjada, chyba przez swoją śliską konsystencję. Prawdę mówiąc nie jestem w stanie dobrze ocenić trwałości, ponieważ natychmiast po nałożeniu jej na usta mam ochotę ją zmyć. Dlaczego? Czytajmy dalej...
Odcień - nr 300 Beige Chiffon. Bardzo mocno kryjący beż z pomarańczowymi tonami. Brr. Chcecie zobaczyć efekt? Pewnie, że chcecie... To proszę bardzo, truposzek prosto z kostnicy:



Ja nie wiem, gdzie miałam oczy, gdy kupowałam tę szminkę. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, komu mógłby taki odcień pasować... Oliwkowej cerze?
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że sama pomadka nie jest złym produktem i gdyby nie zupełnie nietrafiony odcień, używałabym jej pewnie z ogromną przyjemnością...

15 lipca 2012

Pomarańczowe serum przeciw pomarańczowej skórce


Dzisiaj recenzja kosmetycznego pewniaka, którego używam od dawna i zawsze do niego wracam, czyli serum antycellulitowego Slim Extreme Eveline.


Opakowanie - duża, miękka tuba w energetycznym pomarańczowym kolorze o pojemności 250ml. Gdy produkt się kończy, trzeba niestety ją rozciąć, bo ciężko wydobyć z niej resztki. Zatrzask solidny, ale nie trzeba sobie łamać paznokci przy otwieraniu.

Obietnice producenta:



Dla tych, którym nie chce się czytać: producent zapowiada cuda na kiju - zmniejszenie cellulitu i przeciwdziałanie jego nawrotom dzięki trzem substancjom czynnym (Isocell Slim - pod tą opatentowaną nazwą może się kryć cokolwiek, L-karnityna oraz wyciąg z bluszczu), a także ujędrnienie i wygładzenie skóry oraz wyszczuplenie dzięki usunięciu toksyn i nadmiaru wody z organizmu. Bardzo sprytnie zabezpiecza się też zdaniem "skuteczność zależy od regularnego stosowania".


Konsystencja - opisana przez producenta jako "nielepiący się kremowy żel". To dobre określenie. Produkt jest lekki, łatwo go rozprowadzić na dużej powierzchni, wykonując przy tym zalecany masaż. Szybko się wchłania, dzięki czemu czynność smarowania jest mało upierdliwa. Dzięki takiej konsystencji jest dość wydajny.


Zapach - mentolowy, intensywny.


Efekty - po pierwsze: natychmiastowy efekt chłodzenia, który utrzymuje się przez dłuższy czas. Z początku intensywny, w zimie nieprzyjemny, później łagodnieje. Podobno, że tak zacytuję znów opakowanie, "przyjemne uczucie chłodzenia towarzyszące aplikacji jest gwarancją natychmiastowego działania serum". Hmm... no, niech będzie.
Po drugie: efekt długofalowy, powód dla którego wracam do tego kosmetyku jak bumerang. Serum faktycznie działa. Nie jestem w stanie stwierdzić, na ile faktycznie redukuje cellulit, bo nie mam go bardzo widocznego i rozległego, ale na pewno bardzo intensywnie ujędrnia skórę, dzięki czemu ta lekka pomarańczowa skórka na moich udach i pośladkach zupełnie przestaje być widoczna. Skóra jest napięta, gładka i miękka w dotyku i to już po kilku zastosowaniach. Niestety, efekt nie jest permanentny i po odstawieniu kosmetyku stopniowo zanika, jednak warto zaznaczyć, że i ja nie robię nic, żeby go utrzymać (nie uprawiam sportu, balsamami smaruję się sporadycznie).

Cena - ok 18-20zł
Dostępność - bardzo duża: drogerie sieciowe i prywatne, markety...


Podsumowując, polecam serum Eveline, podobnie jak inne produkty z serii Slim Extreme, bo po prostu są skuteczne. Oczywiście, nie należy się ślinić do obietnic producenta, które zawsze są przesadnie entuzjastyczne, ale uważam, że za tę cenę warto wypróbować jego działanie, tym bardziej, że ma naprawdę dobre recenzje. Dodatkowo jest to produkt polskiej firmy, nie testowany na zwierzętach!

10 lipca 2012

Hey sailor!

Z góry uprzedzam, że tytuł posta nie ma nic wspólnego z najnowszą kolekcją MAC. Tak żeby potem nie było jęków zawodu (;

Wszystko przez wyprzedaże. Wszystko przez wczorajsze buszowanie po h&m, w wyniku którego kupiłam sukienkę (nie załapała się na zdjęcia, bo w kółko w niej chodzę) i to:


Spektakularne rzęsy. I niech mnie coś trafi, jeśli wiedziałam po co... po prostu włączył mi się tryb "me wants!", bo zawsze mi się takie rzęsy podobały. I bach, mam. Patrząc na nie w domu, stwierdziłam, że będą pasowały do stylizacji na pin up girl i tak się zapaliłam do tego pomysłu, że najchętniej zaczęłabym się czesać i malować od razu, a tu wieczór, ciemno, zdjęcia będą do dupy... Musiałam poczekać do rana (: A co mi z tego wyszło? 


Przede wszystkim fajna zabawa (: I fryzura, choć nie do końca taka, jak chciałam, wydaje mi się wyjątkowo twarzowa (:

9 lipca 2012

Long as God can grow it! vol. 5

Ponieważ ostatnio coś za dużo offtopuję, wracam teraz gładko na tory wraz z aktualizacją stanu kłaków. Lipcowe kłaki prezentują się tak:


Czyli całkiem nieźle.
Tradycyjnie, porównanie z poprzednio udokumentowanym stanem:


Oprócz kłaków zmieniła się też ściana - ta zielona już nie wróci, bo remont był, panie dzieju... Ale ten, znów offtopuję. 

Wracając do kłaków - przez cały czerwiec moja pielęgnacja ograniczyła się do:

- szamponu Garnier Kwiat Lipy,
- odżywki Isana z olejkiem babassu (i bardzo sporadycznie bananowej TBS)
- oleju Alterra Granat i Awokado

Taka ograniczona paleta produktów nie służyła zbyt dobrze moim włosom, ale była wymuszona tym, że prawie 3 tygodnie przebywałam poza domem. Poza tym ich ogólnie gorszy stan należałoby chyba raczej jednak zrzucić na karb stresu przedlicencjatowego (wypadały mi jak głupie, garściami...) i słońca, niż kosmetyków. 
Na szczęście wygląda na to, że włosy wychodzą na prostą (:

Powrócona

Malowana Lala już we Wrocławiu, po intensywnych 6 dniach w Trójmieście. Oj, się działo! Najpierw tak:

Zaopaskowana banda
Potem już tak:


A wieczorami tak:



Poza tym bardzo się cieszę, że mogłam wziąć udział, niejako na doczepkę, w trójmiejskim spotkaniu blogerek (:

KatalinaKolorowy KotStri-linga

Trzy słomki i Słomka


Innooka

Mała0727, simply_a_woman, Katalina, Kolorowy Kot
Relacje u simply, Innookiej i Stri (:

A w tak zwanym międzyczasie, właśnie 5.07, w dniu spotkania blogerek, Malowanej Lali stuknął roczek. I mimo że nie jestem tu może tak często i tak dobrze, jak sobie to na początku wyobrażałam, blog daje mi sporo radości i okazji do samorealizacji i do poznania fajnych ludzi (:

3 lipca 2012

Wanderlust



Spakowałam się. Jadę.
Bjork i Yeasayer.









Kilka dni zasłużonych wakacji. Potem będę musiała zabrać się za pisanie pracy licencjackiej na drugi kierunek studiów, z którą mam już dwa lata poślizgu. Ale na razie - morze, wiatr, kolorowe paznokcie, pióra w uszach, wolność i swoboda.



1 lipca 2012

Przez różowe okulary

W czasie nauki do licencjatu poprawiałam sobie humor na różne drobne sposoby. Przyznaję, że głównie piwem do obiadu i wieczorami, ale zdarzały się i inne przyjemnostki, jak właśnie róż z nowej limitki Essence Fruity.


Reszta limitki jakoś niespecjalnie przypadła mi do gustu. Cienie miały wg mnie nietwarzowe kolory (a jak się później przekonałam, także kiepskie recenzje), ozdoby do paznokci na nic by mi się nie przydały, a mleczne lakiery z drobinkami udającymi owocowe pestki to może i fajny pomysł, ale mnie nie przekonał. Natomiast róż w żelu (?) mnie zaciekawił, bo do tej pory nie miałam okazji wypróbować podobnego kosmetyku.


Cena - ok. 13zł za 8,2g
 
Opakowanie - poręczny plastikowy słoiczek z białą nakrętką z malinowymi napisami. Prosto, przejrzyście, bez szału, ale wygodnie.



Konsystencja i aplikacja - konsystencja jest... dziwna. Zbyt rzadki na krem, za lekki na żel. Producent określa to jako "kremowy róż do policzków", ale chyba nazwa oryginalna - sorbet - jest tu najodpowiedniejszym określeniem. Róż nakładam palcami, jest bardzo lekki.
 
Odcień - róż jest dostępny w jednym odcieniu 01 Smoothie Operator. Jest to kolor truskawkowego koktajlu, który ma w sobie mnóstwo złotych drobinek. Na szczęście na skórze nie dają efektu posypania się brokatem, jedynie jednolitą taflę połysku. Nie jest to efekt bazarowy.

Dużo różu na ręce

Pigmentacja -jak już mówiłam, róż jest bardzo lekki, roztarty na policzkach zostawia jedynie lekką poświatę. Dla mnie to dobra cecha, bo dzięki temu mogę stopniować efekt. Trudno sobie nim zrobić krzywdę.

Zapach - róż pachnie intensywnie, trochę chemicznie, trochę owocowo. Jak truskawkowa guma do żucia. Smrodek utrzymuje się również na policzkach, co zależnie od nastroju cieszy mnie albo drażni. Ech, kobiety...
 
Efekty:
 
 
Trwałość - no, tu mu się oberwie. Róż jest mocno nietrwały, po ok. 2-3 godzinach nie ma po nim śladu. Łatwo go zetrzeć z twarzy, nie można rozcierać za mocno, bo się zroluje pod palcami i w ogóle tutaj zawodzi. No ale przewidując konieczność poprawek w ciągu dnia, można go wrzucić do torebki i nie martwić się o pędzel, bo Blush Sorbet szybko nałożymy palcami.

Ogólnie nie żałuję zakupu, choć róż mógłby być odporniejszy na ścieranie i po prostu trwalszy. Pewnie w przyszłości sięgnę po inne róże o podobnej formule. 
 
A jak na Was zadziałała limitka Fruity?