31 sierpnia 2012

Katastrofa, plany weekendowe i wyprawka białogłowy

Z okazji Dnia Bloggera, rozluźnienia weekendowego oraz tego, że wreszcie przeczytałam kobyłę po angielsku do mojej pracy licencjackiej, pozwalam sobie dzisiaj na lżejszy wpis o pierdołach (:

Zacznę od katastrofy, która nastąpiła w godzinach wczesnoporannych...


Moją ulubioną kredkę szlag trafił. Denatka miała piękny odcień brązu, była bajecznie miękka i ratowała mi tyłek niejednokrotnie w sytuacjach "muszę się umalować, a mam tylko kosmetyczkę podręczną". Miałam ją od zawsze i kochałam, a dziś zatemperowałam ją o jeden raz za dużo. Rysik się skończył... 
Kondolencję przyjmuję pod tą notką.

Dziś wieczorem wyjeżdżam i cofam się w czasie do epoki wczesnego średniowiecza, więc dodawanie nowych wpisów będzie podwójnie niemożliwe. Rycerz (który ostatnio oburzył się, że nie jest rycerzem, jeno wojem) porywa mnie na turniej. Załatwił mi kiecę, a ja skompletowałam sobie resztę wyprawki:


Część rzeczy jest robiona ręcznie, co jest dużą zaletą na takich akcjach animacjach... Haftowaną bransoletkę zrobiłam jeszcze w liceum, wisior z różowym kamieniem pokazywałam już kiedyś na blogu [klik], a sztylety to od początku do końca dzieło mojego taty. Myślę, że cieszyłby się, że pojadą ze mną na turniej (: Torebka natomiast to własność mojej mamy, jeszcze z czasów jej liceum, a skórzany pasek do niej kupiłam w lumpeksie za jakieś 2-3zł (:


Miłego weekendu, trzymajcie kciuki, żebym przeżyła spotkanie z tyloma wojami! (;

30 sierpnia 2012

Poszukiwania micela w toku - Eveline

Mam już swój ideał płynu micelarnego - Solution Micellaire Maybelline. Niestety, jest on niedostępny na polskim rynku, więc szukam zamienników, z różnym skutkiem. Tym razem, niestety, tym gorszym...


Eveline Fresh & Soft, oczyszczający płyn micelarny do skóry tłustej i mieszanej.

Opakowanie bardzo przypadło mi do gustu: prosta, smukła, przezroczysta butelka, funkcjonalne, solidne zamknięcie. Może trochę przeładowana napisami etykieta, ale producent chciał koniecznie napisać na równi po polsku i angielsku, więc niech mu będzie.
Sam płyn, jak to micele, jest jak woda, lekko zielonkawa w tym konkretnym przypadku.
Produkt ma kiepski zapach - czuć w nim nutę mentolu i przez to kojarzy mi się z płynem do płukania ust i trochę z dentystą. Nie jest to najprzyjemniejszy aromat. Ogólnie uważam, że płyn micelarny nie powinien mieć żadnego zapachu...


Teraz działanie:
- dobrze zmywa podkład i puder, ewentualnie resztki cieni. Nie nadaje się wcale do demakijażu oczu, nie radzi sobie z tuszem. O zmyciu nim makijażu wodoodpornego można w ogóle zapomnieć.
- chyba faktycznie lekko podsuszał i łagodził podrażnienia i nieprzyjaciół. Nie zauważyłam jednak działania zapobiegającego powstawaniu nowych...
- nie zauważyłam obiecywanego nawilżenia, wręcz czuję po nim lekkie, nieprzyjemne napięcie skóry na policzkach i czole.
- trochę matuje skórę, ale zostawia ją nieprzyjemnie lepką. Fuj.
- ma naprawdę niefajny, gorzki smak, co ma duże znaczenie, gdy chce się zmyć nim makijaż ust...

Niestety, tym razem w moich poszukiwaniach trafiłam na produkt taki sobie. Krzywdy mi nie zrobił, ale ma kilka wad, mniejszych i większych, które sprawiają, że więcej do tego micela nie wrócę. 

Na razie na szczycie mojej listy zamiennikowej jest popularny micel Bourjois, ale on do pięt nie dorasta mojemu ulubieńcowi. Póki co czekam na zapas dwóch butelek Maybelline, o które poprosiłam koleżankę, która pojechała do Francji, więc pewnie po skończeniu tego śmierdziela zawieszę poszukiwania na jakiś czas ^^

29 sierpnia 2012

Akcja promocyjna Paese

Pewnie wiele z Was słyszało już o akcji promocyjnej w sklepie internetowym Paese: za cenę kosztów pakowania i przesyłki, firma przesyła 6 pełnowymiarowych, losowych kosmetyków.


Skusiłam się na tę ofertę po przeczytaniu na blogu vexgirl informacji o promocji i otrzymanych produktach. Zamówienie złożyłam w piątek, załapując się jeszcze na cenę 22zł za taki losowy zestaw - od tego czasu zdążyła podskoczyć do 29zł... Pewnie firma zorientowała się, że zainteresowanie jest duże i podwyższyła cenę. Ot, marketing... 
Dzisiaj paczka do mnie dotarła (:


Po pierwsze: miłe ze strony firmy kurierskiej, że wysłała mi mailem informację, że w dniu dzisiejszym dostarczą mi paczkę (: Niemiłe jest to, że cień znajdujący się w środku był pokruszony, co, jak mi się wydaje, musiało nastąpić w transporcie...

Jeśli chodzi o zawartość paczki, to bardzo mnie usatysfakcjonowała. Kosmetyki są pełnowartościowe, nie przeterminowane (nawet nie na granicy ważności!) i w ładnych, uniwersalnych kolorach, a nie takich, które  zalegają w magazynach (:
Żeby nie przedłużać:


1. Maskara SupraLash, czarna - według opakowania pogrubia, wydłuża i podkręca rzęsy. Zgodzę się tylko z wydłużeniem (: 
(cena sklepowa: 24,90zł klik)
2. Wodoodporna kredka do oczu, nr 13 - perłowy ciemny fiolet. Bardzo ładny kolor, miękki sztyft (: 
(cena sklepowa: 13,90zł klik)
3. Błyszczyk z serii Colore Mio, nr 502 - kremowy nude, bardzo fajny. Obłędnie pachnie budyniem waniliowym (: 
(cena sklepowa: 9,90zł klik, wzornik na stronie to jakiś żart...)
4. Pękający lakier do paznokci, nr 304 (srebrny) - jedyny produkt, który nie przypadł mi do gustu i którego raczej nie będę używać. Chyba poślę go w świat - chętni? (: 
(cena sklepowa: 13,90zł klik)
5. Cień z serii Światło Toskanii, nr 905 - malinowy róż ze srebrnym połyskiem. Kolor, który będę musiała oswoić, bo bardzo mi się podoba, ale solo wygląda zbyt agresywnie na mojej twarzy (: Niestety, dotarł do mnie pokruszony, ale bez problemu da się go używać (:
(cena sklepowa: 15,90zł klik)
6. Róż z serii Różany Ogród, nr 44 Liliowa Kusicielka - piękny kolor... Chłodny łososiowy róż. Bardzo mocno napigmentowany! Już go pokochałam ^^
(cena sklepowa: 15,90 zł, niedostępny na stronie, informacja z bloga vexgirl)

W sumie ich wartość to 94,40zł! Pomimo pewnej losowości, jestem bardzo zadowolona z otrzymanego zestawu i uważam, że warto było zaryzykować (:

Skorzystałyście z promocji Paese? Jak na tym wyszłyście? (:

25 sierpnia 2012

Lala (po)Malowana - dzienniak

Ponieważ lato jakoś w tym roku stroi fochy, przeszła mi ochota na papuzie barwy w makijażu i zapragnęłam czegoś jesiennego. Sięgnęłam po brązy i szare granaty i wyszło coś takiego:

klik dla powiększenia

Moje zamknięte oczy nijak nie chcą wyjść na zdjęciu dobrze...

Użyte kosmetyki:
- baza Art Deco
- cienie Sleek: OSS (Gift Basket), Au Naturel (Taupe, Nougat), Original (turkus i granat)
- ciemnoniebieski cień z paletki Bourjois Smoky Eyes (11 bleu jeans)
- biała kredka Rimmel Soft Kohl [klik]
- tusz Max Factor 2000 Calorie [klik]

21 sierpnia 2012

Pielęgnacja od Essence

Jakiś czas temu w asortymencie sieci Superpharm pojawiły się kosmetyki do pielęgnacji twarzy Essence, firmy, która do tej pory kojarzyła nam się z niezłej jakości kolorówką w przystępnych cenach. Skuszona powiewem nowości, promocją i zwykłą ciekawością, kupiłam krem matujący do cery normalnej i mieszanej.

Klik dla powiększenia

Opakowanie
Po pierwsze - przyciągający oko soczystymi kolorami kartonik. Przejrzysty i atrakcyjny design sprawia, że wygląda bardzo ładnie. Na kartoniku znajdują się informacje w języku niemieckim i angielskim oraz naklejka z mocno okrojonym opisem produktu w języku polskim. Tu minus, bo przydałoby się, żeby po polsku można było przeczytać taką samą informację...
Dalej - znacznie mniej ciekawy słoiczek z mlecznego, matowego plastiku. Lekki, sprawia wrażenie nietrwałego, naklejka jest na nim przyklejona krzywo i niedokładnie. Pod nakrętką krem zabezpieczony jest folią z nadrukowanym logo serii.
Czyli z jednej strony dbałość o szczegóły i ładny design, z drugiej strony jakieś niedoróbki...


Obietnice producenta (tłumaczone z angielskiego):
Wyjątkowo lekki krem z długotrwałym efektem matującym, stworzony z myślą o potrzebach cery mieszanej. Cenne składniki aktywne, wzbogacone liczi i ciemnym winogronem, zapewniają skórze nawilżenie i zostawiają ją naturalnie miękką i gładką. Matuje skórę aż do 12 godzin i utrzymuje nieskazitelną i bez zbędnego połysku. Stanowi idealną bazę pod makijaż. Z ochronnymi filtrami UVA/UVB i smakowitym owocowym zapachem!

Moja opinia:
Konsystencja kremu faktycznie jest bardzo lekka, tak bardzo, że mam wrażenie, że smaruję twarz "jogurtem" Danone Gratka... Wrażenie to jest potęgowane przez różowy kolor i słodkawy zapach produktu.


Krem rzeczywiście matuje moją mieszaną skórę, ale zapomnieć można o idealnym macie przez 12 godzin, utrzymuje się najwyżej kilka. No i ten mat nie jest tępy i płaski - krem redukuje nadmierne błyszczenie się i skóra wygląda zdrowo. Na pewno nie zaspokoi potrzeb cery tłustej, ale producent tego nie obiecuje.
Jeśli chodzi o nawilżenie, to nie jest ono spektakularne. Mojej niewymagającej skórze wystarcza, ale jestem przekonana, że część dziewczyn o wcale nie suchej cerze mogłoby się poczuć zawiedziona poziomem nawilżenia.
Nadaje się pod makijaż - szybko się wchłania, nie roluje się i nie powoduje warzenia się innych produktów. Wczoraj nawet wymieszałam go z podkładem, szukając czegoś lżejszego na upał - dobrze się spisał w tej roli (:
Informacja o filtrach słonecznych jest dość enigmatyczna, nigdzie nie mogę znaleźć uściślenia ich wartości.
"Smakowity owocowy zapach" jest w rzeczywistości dość nijaki, słodkawo-chemiczny.



Cena / pojemność / dostępność
Krem kosztuje 10,99zł (ja kupiłam go w początkowej promocji o ponad złotówkę taniej) za 50ml. Seria my skin jest dostępna w sieci Superpharm.

Podsumowując, krem Essence nie zrobił na mnie większego wrażenia. Jest przyzwoity, przyjemny w użyciu i nie sprawia mi kłopotów. Nie wiem jednak, czy nie warto raczej dołożyć parę złotych i kupić coś lepszego (:

20 sierpnia 2012

Najlepsze kredki, jakie mam

Kupiłam je dopiero przedwczoraj, a już zdążyły zawojować moją kosmetyczkę (:

Kredki to produkt, który łatwo szybko zrecenzować, ponieważ wymagam od nich jedynie TRWAŁOŚCI. Jak już mają piękne kolory, to chciałoby się, żeby pozostawały na oku na tyle długo, żeby się nimi nacieszyć, a nie odbijały się i ścierały po kilku minutach. 
Wszystkie moje dotychczasowe kredki właśnie tak się zachowywały... Jeśli zrobiłam nimi kreskę, po chwili nie było jej już tam, gdzie ją nałożyłam, odnajdowała się natomiast w postaci pięknego, równego łuku ponad załamaniem powieki, rujnującego resztę makijażu. Linia wodna to już w ogóle odrębna historia, bo nie dość, że kolor znikał dosłownie w mgnieniu oka, to jeszcze było ryzyko podrażnienia (noszę soczewki).
Dlatego kredkę nosiłam głównie w postaci rozmazanej (najprostszy makijaż, gdy np. nocuję u Rycerza - rano tylko puder, miękka kredka rozmazana lekko palcem i tusz), ewentualnie na dolnej powiece.

Do czasu, bo chyba znalazłam kredki idealne.

Po pierwsze: 


Automatyczne kredki Essence z serii Long Lasting, tu akurat w dwóch wycofywanych aktualnie odcieniach - ciepłym, miodowożółtym Remember Amber oraz połyskującej oliwkowej zieleni Think Khaki!. Gdzieś tam mi się kiedyś obiło o uszy, że te kredki są faktycznie dość trwałe, ale nie czułam chęci wypróbowania ich, mając w głowie rozczarowujący zbiorek posiadanych już przeze mnie kredek. Do czasu pokusy pt. "wycofywane odcienie!" (; 
Nie żałuję zakupu, nawet mam nadzieję kupić też inne kolory, bo kredki faktycznie są trwałe. Jasne, nie wytrzymały mi na oku całego dnia w upale, ale co wytrzyma? (: Spokojnie jednak chodziłam w Think Khaki! przez większość dzisiejszego dnia. 
Pierwsza i największa zaleta:  nie kserują się! Poza tym są naprawdę miękkie, jakby maślane i mocno napigmentowane, czego chcieć więcej? 
Ach, jeszcze cena... Normalna to 6,99zł, a promocyjna (na dwa wycofywane odcienie) 3,99zł, przynajmniej w Tesco Extra. Natura pewnie znów się wypnie na promocje.


Powyższe zdjęcie zawiera kolejnego bohatera:


Biała kredka Rimmel. Kupiona w dziwnym, pokrętnym celu pomalowania nią całej twarzy do sesji zdjęciowej, kiedy, zrezygnowana, poddałam poszukiwania białej kredki jumbo (btw. jeśli wiecie, która firma może mieć takie kredki w asortymencie, dajcie znać... ewentualnie pozostają mi jeszcze farby do twarzy). W tym celu jej jednak nie użyję, ponieważ okazała się wręcz idealnie zachowywać na linii wodnej! Jest bardzo miękka, dzięki czemu równo i delikatnie rozprowadza kolor już za jednym przeciągnięciem. I ten kolor później taki równy pozostaje, nie zbija się w nieestetyczne placki, nie robi włókienek, które później trzeba wydłubywać z oka... I co najważniejsze - utrzymuje się naprawdę długo w tak newralgicznym miejscu.
Poniższe zdjęcie pokazuje stan kredki na linii wodnej po 5 godzinach od zrobienia makijażu:

W wewnętrznym kąciku również Remember Amber (:

A Wy macie jakieś pewniaki jeśli chodzi o trwałość kredek do oczu? Kusi mnie jeszcze wypróbowanie trwałości avonowskiej SuperShock...

19 sierpnia 2012

Inwentaryzacja

Wczorajszy mani zainspirował mnie do przeglądu i uporządkowania moich lakierów. Tak więc dzisiaj mała inwentaryzacja, czyli chwalę się zbiorami (;


Od lewej:
- Miss Sporty Clubbing Colours, nr 452 [klik]
- Miyo Mini Drops, nr 60 Exotic Flower [klik]
- Wibo Back To Nature Trend Edition, nr 3 - kremowy musztardowy
- Wibo Express Growth, nr 307 [klik]
- Delia Cosmetics Coral Prosilk, nr 157 - kremowy waniliowy
- Miyo Mini Drops, nr 40 Ice Baby - czysta biel


- Miyo Nailed it!, nr 21 Violet [klik]
- Lovely Color Mania, nr 144 - jasny barbie róż
- Delia Cosmetics Coral Prosilk, nr 143 [klik]
- Catrice Ultimate Nail Lacquer, nr 360 Raspberry Fields Forever (stara wersja) - malinowa czerwień
- Essence Colour&Go, nr 61 fame fatal - bardzo fajna żelkowa czerwień. Wycofywany, nie wiem, czy pojawi się w nowej wersji C&G. Jeśli gdzieś go złapiecie - polecam!


- Rimmel Lycra Pro, nr 500 Peppermint - idealna kremowa mięta
- Eveline Colour Instant, nr 625 - mięta z delikatnym srebrnym shimmerem
- Sensique Oriental Dream LE, nr 259 Moss Temple - piękny, zielono-brązowy, połyskujący duochrom. Edycja limitowana - nie wiem, co zrobię, jak się skończy... Chyba się zapłaczę.
- Miyo Mini Drops, nr 61 Cyber Green - głęboka, butelkowa zieleń ze srebrnym shimmerem. Barwi paznokcie...
- Miyo Nailed it!, nr 14 Lemon - przyjemna kremowa jasna zieleń


- Wibo Express Growth, nr 275 - głęboki fiolet z shimmerem
- Inglot Nail Enamel, nr 965 [klik]
- Catrice Out of Space LE, nr C02 Houston's Favorite [klik]
- Essence Colour&Go, nr 52 out of my mind - turkus z zielonkawo-złotym shimmerem, śliczny, typowo letni. Nie wiem, czy jeszcze gdziekolwiek dostępny, mam go już od dawna.
- Lovely Crystal Strenght, nr 135 - kremowy niebieski
- Lovely Color Mania, nr 133 - kremowy ciemny błękit
- Wibo Express Growth, nr 158 - kremowy jasny błękit


- Essence Franch Glam, nr 02 rose glam - ot, niekryjący mleczny zwyklaczek do frencha
- Wibo Express Growth, nr 396 [klik]
- Wibo So Matte, nr 05 (?) - matowy szaro-brązowo-fioletowy odcień. Bardzo fajny.
- Catrice Ultimate Nail Lacquer, nr 200 From Dusk To Dawn (stara wersja) - kremowy brąz z gatunku grzybno-błotnych (:
- Essence Colour&Go, nr 40 Absolutely Stylish - kremowa gorzka czekolada
- Wibo Express Growth, nr nie wiem jaki - najzwyklejsza czerń


- Sally Hansen Double Duty - top i baza w jednym
- Manhattan Pro Shine Top Coat [klik]
- Essence Colour&Go, nr 67 make it golden i 72 time for romance 

Kolekcja mieszcząca się w granicach normy (mam nadzieję ^^"). Jeśli chciałybyście przyjrzeć się bliżej któremuś egzemplarzowi, dajcie znać w komentarzu (:

18 sierpnia 2012

Rainbow!

Mój dzisiejszy mani zostanie na pewno zaaprobowany przez jednorożce, kucyponki, nyan-cata oraz wszystkie dziewczynki do lat 6. Sama czuję, jakbym miała zaraz rzygnąć tęczą, a nosem puszczać różowe bańki. Fajne uczucie, dla odmiany (:



Do wyczarowania tęczy użyłam:


+ Sally Hansen Double Duty (baza i top)
Na kciuku zaryzykowałam nałożenie brokatowego topu Essence (67 make it golden), ale to już było stanowczo za dużo słodyczy jak na moje skołatane nerwy, dlatego pozostałe paznokcie są bez bling-bling.

I znów zakupy, a wyszłam tylko w poszukiwaniu miękkiej białej kredki...


Skorzystałam z wyprzedaży Essence w Tesco Extra i oprócz wyżej wymienionego brokatu, kupiłam też dwa wycofywane odcienie kredek LongLasting: 13 Remember Amber oraz 14 Think Khaki! Są takie akurat na jesień (:

Wyszedł mi taki ni to gradient, ni to paski... Ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra.


17 sierpnia 2012

Krótki post o tym, co robi Lala, gdy się nudzi

Otóż Lala zaczyna bawić. Efekty są różne. Dzisiaj zachciało mi się zostać Absyntową Wróżką.

 

 
Całość prezentowała się mało zachęcająco:


Będę jeszcze pracować nad tym makijażem, bo już wiem, co zrobiłam nie tak i jak to poprawić. Na razie fajnie się bawiłam w zieleniach (;

Klasyk, ale wodoodporny - MF 2000 Calorie

Na Malowanej Lali nie pojawiła się jak dotąd żadna recenzja tuszu do rzęs. Ale przyszła kryska na matyska, dziś na tapecie znany i lubiany tusz Max Factor 2000 Calorie w wersji wodoodpornej.


Opakowanie jest proste, bez udziwnień, ale estetyczne i czytelne. Zawiera 9ml tuszu ważnego 6 miesięcy od otwarcia. Kosmetyk kosztuje ok. 30zł (aktualnie promocja w Rossmannie - można go kupić już za 24zł) i jest szeroko dostępny. Mój odcień to Rich Black, a o ile dobrze pamiętam był też dostępny brązowy i chyba granatowy.


Szczoteczka jest mała, o dość gęstych włoskach jednakowej długości. Według mnie dobrze dozuje i rozprowadza tusz na rzęsach i całkiem nieźle je rozczesuje. Jednak pomimo jej niewielkich rozmiarów, bardzo często zdarza mi się tą szczoteczką upaprać, szczególnie przy malowaniu rzęs w wewnętrznym kąciku i na dolnej powiece.

Jeśli chodzi o efekt, jakiego oczekuję od tuszu, to nie lubię teatralności. Od tego mam sztuczne rzęsy, a na co dzień wolę naturalne, nie przesadnie pogrubione, a raczej wydłużone i dobrze rozczesane rzęsy.


Efekt, jaki uzyskuję przy pomocy tego tuszu bardzo mi się podoba. Jest naturalny, ale wyrazisty dzięki intensywnej czerni. Zazwyczaj pozostaję przy jednej warstwie. 


Tusz jest trwały, nie kruszy się, nie sypie na policzki i faktycznie nie rozmazuje pod wpływem wody, co zdarzyło mi się parę razy sprawdzić, chcąc - nie chcąc, kiedy złapał mnie deszcz (: 
Zmywanie nie sprawia trudności, o ile używa się płynu dwufazowego. Trzeba się liczyć z tym, że nie zmyje się tego tuszu przy pomocy micela (;


Podsumowując, polubiłam się z tym klasycznym tuszem i nie żałuję, że dla niego odstawiłam na chwilę mojego pewniaka i ulubieńca, czyli Colossal Volum' Express Maybelline. Efekt mi odpowiada, trwałość na szóstkę z plusem, a cena nie jest wygórowana (:

16 sierpnia 2012

Tag - bo lubię!

Dzisiejszy wpis miał być o czymś zupełnie innym i bardziej konkretnym, ale trafiłam na tagowy post simply... A że bardzo łatwo mnie sprowokować do takiej zabawy, bo jest rozkosznie odprężająca, to odpowiadam (: No i przecież recenzja wodoodpornego Max Factor 2000 Calorie nie ucieknie (;

Zabawa polega na udzieleniu odpowiedzi na 10 pytań wymyślonych przez blogerkę, która taguje, po czym wymyśleniu własnych 10 pytań, które pchnie się dalej. Enjoy:

1. Jakie jest Twoje ulubione wykończenie cieni? Dlaczego?
Mat, zdecydowanie. Dobry, neutralny efekt, który nawet w makijażu dziennym pozwala poszaleć z kolorami (:

2. Gdzie siebie widzisz za 20 lat?
Hmm... We własnym i własnoręcznie urządzonym mieszkaniu, zadowoloną z życia i pracy, którą lubię. Najchętniej jeszcze z lampką wina, kocem i książką albo sprawdzianami do oceny, na fotelu na balkonie w ciepły wrześniowy wieczór (:

3. Jesteś realistką czy marzycielką? A może z czasem to się zmieniło?
Zawsze chciałam uchodzić za marzycielkę, potem mi przeszło. Patetycznie powiem, że można o to obwiniać życie, które dało mi ostro po dupie, w wyniku czego jestem realistką, żeby nie powiedzieć sceptyczką.

4. Preferujesz szminki czy błyszczyki? Dlaczego?
Szminki, ponieważ rzadko który błyszczyk nie kojarzy mi się z efektem obślinionych ust. Lubię intensywne, matowe i satynowe pomadki, a po błyszczyk sięgam kiedy potrzebuję tylko lekkiego podkreślenia. No, jeszcze wtedy, kiedy wiem, że będę coś jeść, bo nie znoszę tego niepokoju "jak mi się zjadła szminka?!".

5. Podążasz za trendami? Założyłabyś daną rzecz tylko dlatego, że jest modna, choć nie wyglądasz w niej korzystnie?
Nie założyłabym czegoś, w czym bym się sobie samej nie podobała, wszystko jedno czy to modne czy nie. A czy wyglądam korzystnie to kwestia względna (; Jeśli podobam się sobie i dobrze się czuję, resztę mam w nosie (:
 
6. Robisz w życiu to, co zawsze chciałaś robić? Czy może rzeczywistość zweryfikowała Twoje plany i marzenia?
Nie wiem, co chcę robić w życiu, więc na razie zawodowo uprawiam go with the flow. Mam ten swój jeden licencjat, drugi wciąż w poślizgu, się pisze właśnie. Dążę do zagrzania etatu jako nauczycielka francuskiego aka franca od franca. W planach kurs wizażu/charakteryzacji oraz rozszerzenie działalności biżuteryjnej.
Ale póki co jedyną rzeczą, której naprawdę bym chciała jest własne i samodzielnie urządzone mieszkanie. Zobaczymy, co z tym zrobi życiowa karma.

7. Akceptujesz siebie taką, jaką jesteś, czy też chciałabyś coś zmienić w swojej powierzchowności?
Jako nastolatka wykazywałam wybitną niechęć do swojego, przeciętnego w moim ówczesnym mniemaniu, wyglądu. Kwintesencją tej niechęci był dialog z moim kumplem Krecikiem:
- Chciałabym mieć zielone oczy...
- Przecież masz zielone!
- Ale chciałabym bardziej zielone...
Teraz nie tylko siebie akceptuję, ale nawet lubię, choć wałeczek z brzucha mógłby sobie pójść w trzy diabły ^^"
 
8. Jaka jest Twoja ulubiona pora roku? Dlaczego?
Nie wiem, chyba jesień. Taka wczesna, kiedy jest jeszcze ciepło i słonecznie, ale powietrze pachnie już inaczej, a ja urządzam Wielki Dzień Pielęgnacji Zamszowego Obuwia (wszystkie moje buty na jesień/zimę są z zamszu... i na ok. 10cm obcasa). 
 
9. Twoje ostatnie pielęgnacyjne odkrycie?
Zdecydowanie savon noir: klik 

10. W jakiej "fryzurze" śpisz?
W rozpuszczonych włosach. Może jak będą dłuższe, zaczną mi przeszkadzać i będę zmuszona je splatać w warkocz, ale teraz nie lubię, jest mi po prostu niewygodnie.

Swoich pytań nie wymyślam, bo ani otagowana personalnie nie byłam, ani nikogo konkretnego nie taguję, szczególnie że większość blogerek już ten tag zrealizowała. Jeśli ktoś chce, niech się absolutnie nie krępuje i wykorzysta pytania simply (:

14 sierpnia 2012

Małe zakupy, fajne promocje

Wybrałam się dzisiaj na krótkie zakupy do Superpharm i oto efekty:


A poszłam tylko po jakąś bazę pod lakier...

Już na wejściu zaatakowała mnie promocja na wodę termalną Avene (z 39,99zł na 15,99zł!), której chciałam spróbować już od dawna - buch, do koszyka. Kawałek dalej pani ekspedientka właśnie wykładała na stand lakiery Delii i oczywiście wypatrzyłam kolor, który chodził za mną już od jakiegoś czasu - buch, do koszyka (5,99zł). W końcu dotarłam do początkowego celu zakupów: produktów do paznokci. Poszperałam, poszperałam i w końcu wybrałam Double Duty Sally Hansen, bazę i top w jednym (24,99zł). A wszystko dlatego, że po ostatnich postach cammie i Panny Joanny, postanowiłam nie ryzykować dalszego używania odżywki Eveline 8w1, nawet w charakterze bazy pod lakier... Potem poszłam za mamą na dział apteczny, a tam litr soku z aloesu za 9,99zł...
Tak oto wyjście po jeden produkt skończyło się jak zwykle (;

Lakier Delii prezentuje się następująco:


To bardzo przyjemna, żelkowa, intensywna ciemna fuksja (nr 143). Zadziwiająco dobrze czuję się w takim kolorze ^^

11 sierpnia 2012

Nowa pielęgnacja twarzy

Dziś dwie naturalne nowości w mojej kosmetyczce, które już zdążyłam bardzo polubić, a mianowicie hydrolat cytrynowy i savon noir.


Hydrolat cytrynowy
Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Water
Destylat pozyskiwany ze skórki Cytryny zwyczajnej. Wykazuje działanie oczyszczające, antyoksydacyjne, wzmacniające, przeciwzapalne i ściągające. Jego delikatny, świeży zapach działa odprężająco.
Zawiera niewielkie ilości kwasów AHA (jabłkowy, cytrynowy), karotenoidy, witaminę C, biotynę, kwas foliowy, ryboflawinę, tiaminę. Jest bogatym źródłem flawonoidów wzmacniających działanie witaminy C.
Działanie na skórę:
- wzmacnia i uszczelnia naczynia krwionośne
- korzystnie wpływa na biosyntezę kolagenu poprawiając elastyczność skóry
- przeciwdziała starzeniu się skóry, działa antyoksydacyjnie
- rozjaśnia przebarwienia
- działa antyseptycznie i antybakteryjnie
Polecany dla skóry tłustej, trądzikowej, starzejącej się, naczynkowej.

Hydrolat kupiłam już jakiś miesiąc temu i od tego czasu używam go jak toniku, regularnie rano i wieczorem, czasem też przecierając nim twarz w ciągu dnia. Jeśli chodzi o jego działanie, to po pierwsze bardzo dobrze usuwa zanieczyszczenia z twarzy (ale nie zastąpi demakijażu!), po drugie ściąga pory. Po jego zastosowaniu skóra jest miękka i miła w dotyku. Oczyszczanie zaczęło się od wysypu nieprzyjaciół, ale potem sytuacja się unormowała i niespodzianek mam coraz mniej. Zapach faktycznie jest przyjemny, bardzo delikatny i naturalny, właściwie jedynie z lekką sugestią cytryny.
Mój hydrolat cytrynowy pochodzi akurat ze Zrób Sobie Krem (kupiony stacjonarnie w Mydlarni Wrocławskiej na ul. Wita Stwosza, na stronie aktualnie niedostępny), ale znajduje się również w ofercie innych sklepów internetowych tego typu.



Drugą ostatnią inwestycją w naturalną pielęgnację jest savon noir, czyli "czarne mydło". Jest to rodzaj pasty na bazie czarnych oliwek, bogatej w witaminę E, która dzięki naturalnemu składowi jest dobra do każdego typu skóry, także alergicznej. Stosuje się je do codziennego oczyszczania skóry twarzy jak i ciała, a w charakterze peelingu enzymatycznego. Oprócz oczyszczania i usuwania martwych komórek, mydło ma również nawilżać oraz łagodzić podrażnienia. Moje savon noir zawiera też wyciąg z liści eukaliptusa, dzięki czemu jest przeznaczone głównie do pielęgnacji cery tłustej i problematycznej.


Używanie tego kosmetyku nie należy do najłatwiejszych przez bardzo specyficzną konsystencję pasty, która nie jest lepka, ale jakby lekko tłusta, śliska i choć miękka, nie daje się łatwo wydobyć z opakowania. Szczególnie, że wcale nie potrzeba jej dużo, aby umyć twarz (: Mydło się nie pieni, a jedynie, roztarte w dłoniach, zamienia się w rodzaj emulsji, którą nakłada się na skórę. Zapach mojego savon noir jest bardzo intensywnie eukaliptusowy, słyszałam jednak, że wersja bez dodatków pachnie niezbyt ładnie, ale idzie się przyzwyczaić (:

Jest kilka sposobów użycia savon noir:
- jak zwykły "żel" do mycia twarzy: wydobywamy ze słoiczka, rozcieramy z wodą w dłoniach, nakładamy na twarz, po czym wykonujemy krótki masaż i spłukujemy;
- jako maseczka peelingująco-oczyszczająca: jak wyżej, tylko po nałożeniu na twarz chodzimy sobie z mydłem jakieś 10 minut, po czym wykonujemy masaż zwilżonymi palcami i spłukujemy.
- jako peeling do ciała: najlepiej w połączeniu ze specjalną peelingującą rękawicą - podobno działa cuda! Nie wiem, nie próbowałam, bo moje jest chyba jednak bardziej przeznaczone do twarzy (;

Jestem niesamowicie zadowolona z działania tego kosmetyku - skóra jest tak oczyszczona, że aż skrzypi podczas zmywania, pory widocznie zwężone od razu po jednym zastosowaniu, twarz jest gładka i rozjaśniona. Uwielbiam ten produkt, zastąpił w tej chwili wszelkie żele i peelingi do mycia twarzy (:

Savon noir kupiłam przypadkiem podczas wyjazdu do Krakowa, w Mydlarni u Franciszka, ale jest też dostępne w helfach i innych mydlarniach (:

9 sierpnia 2012

Long as God can grow it! vol. 6 + cudowna maska!

Czas na aktualizację stanu kłaków! Włosy na dzień dzisiejszy prezentują się tak (oczywiście, jak zwykle, świeżo po umyciu, bez suszarki i wszelkiej stylizacji):

Nieostre, ale dobrze oddaje wygląd moich włosów


I porównanie ze stanem poprzednio udokumentowanym:


Włosy są wyraźnie dłuższe i wygładzone. Oczywiście nie ominęło ich zmęczenie latem (lekkie przesuszenie i zwiększone wypadanie) i we wrześniu wybiorę się znów do mojej zaufanej fryzjerki, żeby podciąć lekko wysuszone końcówki, ale i tak uważam, że wyglądają bardzo dobrze.

Gratulacje należą się częściowo mojemu ostatniemu odkryciu pielęgnacyjnemu, a mianowicie masce do włosów łamliwych i podatnych na wypadanie Natur Vital.


Obietnice producenta (przepisuję, bo nadruk na polskiej naklejce jest kiepskiej jakości i nie było sensu jej fotografować...):

Błyskawiczna 3-minutowa maseczka do włosów łamliwych i podatnych na wypadanie, z proteinami pszenicznymi i kompleksem fitoaktywnym, odżywia i wzmacnia włosy. Do włosów długich lub zniszczonych.
W ciągu zaledwie 3 minut maseczka do włosów Natur Vital dostarczy wszystkich potrzebnych włosom składników odżywczych, aby je ożywić i naprawić od cebulek aż po same końce, jednocześnie zapobiegając ich nadmiernemu wypadaniu. Proteiny pszeniczne wnikają w głąb włosów i wzmacniają je, poprawiając ich nawilżenie, nadając im miękkość i połysk, dzięki czemu włosy stają się mniej łamliwe. Kompleks fitoaktywny otrzymany z kiełkujących nasion pszenicy i soi oraz wyciąg z żeń-szenia dostarczają cebulkom włosów energii i substancji odżywczych niezbędnych do wzmocnienia włosa podczas fazy wzrostu. Witaminy A, BB, B7, E, F, H oraz prowitamina B5 utrzymują naturalną równowagę skóry głowy i zapobiegają wypadaniu włosów. Bogaty w witaminy olej z zarodków pszenicznych działa odżywczo i odbudowująco na łodygę (włókno) włosa.

Czyli generalnie cuda na kiju, krawaty wiąże i usuwa ciąże. Zawsze podchodzę sceptycznie do etykiet.

Skład:


Opakowanie: plastikowy słoik o pojemności 300ml z bardzo wygodnie rozwiązanym otwieraniem - klapką. Dzięki niej nie trzeba męczyć się z odkręcaniem słoika ani obawiać się, że wyśliźnie się z mokrych rąk.



Konsystencja: dość rzadka, lekka, ale nie spływająca z palców (ani z włosów). Produkt jest biały, ma lekko perłową poświatę. Łatwo się spłukuje z włosów.

Zapach: niezbyt udany, dość chemiczny, ale nie nachalny, o ile nie wsadzimy nosa do słoika.

Efekty: niesamowite... Używam tej maski od niedawna, ale już za pierwszym użyciem widziałam efekty! Włosy są mocno wygładzone, mocno się błyszczą, ale są lekkie i sypkie, zupełnie nie obciążone. Mam wrażenie, że po jej użyciu włosy dłużej pozostają świeże i wolniej się przetłuszczają. Bazując na tym, co mogę na razie zaobserwować, ostrożnie przyznam, że chyba faktycznie ogranicza wypadanie włosów.
Między bajki trzeba jednak włożyć błyskawiczność działania maski - 3 minuty to stanowczo za krótko. Ja ją trzymam co najmniej 10-15 minut pod ręcznikiem, a dzisiaj po basenie siedziałam z nią pół godziny.

Cena: ok. 20-25zł / 300ml

Dostępność: drogerie Natura (jeśli są dostępne gdzieś indziej, dajcie znać!)

Pewnym minusem może być w przypadku tej maski zawartość alkoholu i parabenów, dość wysoka cena i słaba dostępność, ale uważam, że warto dać jej szansę, bo chyba jak do tej pory nie miałam lepszej maski do włosów.

5 sierpnia 2012

Wakacyjny filtr


To, że lato mamy w tym roku kapryśne i jak już jest słonecznie, to temperatura skutecznie zniechęca do wyjścia z domu, nie zwalnia nikogo od używania filtrów słonecznych. Letnie wydania babskich czytadeł aż huczą od ostrzeżeń i kryptoreklam ("należy wsmarowywać w siebie 6 łyżeczek preparatu i najlepiej co godzinę, i w całe ciało, bo ubranie zapewnia nam tylko filtr 7!"... Nie dajmy się zwariować). Ja również poczułam się (wreszcie) odpowiedzialna za swoją skórę, która trzaska się na czerwono przy pierwszych kontaktach z intensywnym słońcem i jeszcze w maju zainwestowałam w kosmetyki ochronne.


Przyjemne smarowidło z filtrem mineralnym SPF 30. Ma tłustawą, masełkową konsystencję, twardą, ale mięknącą szybko pod palcem. Pachnie bardzo ładnie, słodko, jakby lodami śmietankowymi. Mały słoiczek zajmuje niewiele więcej miejsca w torebce niż pomadka ochronna. Jednak takie smarowidło do zadań specjalnych mogłoby mieć wyższy filtr... Na wizażu piszą, że jest też SPF 40, ale nie widziałam go w sklepie. Niewątpliwym plusem produktu jest cena: ok. 7zł za 15ml bardzo wydajnego preparatu.
Mam na plecach kilka blizn pozostałych po wycięciu pieprzyków, które muszę zabezpieczać przed słońcem i do tego ziajowe masełko nadaje się świetnie. Nie polecam go jednak używać na usta, bo zostawia biały film, który długo się nie wchłania. Nada się też do zabezpieczenia innych wrażliwych miejsc, np. uszu, o których mało kto pamięta (;


Krem Sorayi po wyciśnięciu z tubki ma lekko grudkowatą konsystencję, co jednak znika przy rozsmarowaniu. Nie bieli twarzy, dość szybko się wchłania, nie zostawia tłustego filmu, mnie nie pozapychał. Zdarzało mi się nakładać go pod makijaż i nie powoduje problemów z trwałością innych kosmetyków. Nie jestem w stanie zweryfikować jego wodoodporności, bo zwyczajnie nie wchodziłam jeszcze w tym roku do żadnej wody (prysznic się nie liczy!), ale na takie obietnice i tak raczej trzeba zawsze patrzeć przez palce i po wytarciu się ręcznikiem zaaplikować kolejną porcję kremu bez względu na to, co mówi producent. Ceny nie pamiętam, na pewno nie więcej niż 15zł, a tubka zawiera 50ml.
Zdecydowanie pomógł mi uniknąć strzaskanych policzków w te wakacje (: 


I na koniec - poprawne rossmannowskie mleczko Sun Ozon. Zapach taki sobie, chemiczny. Konsystencja dość rzadka, jak to mleczko. Szybko się wchłania, łatwo rozprowadza. Co tu więcej wymyślać? (: Cena korzystna: ok. 10zł za 200ml.


Jakich filtrów Wy używacie? Też myślicie, że filtry +50 powinny być lepiej dostępne?