28 października 2012

Halloween is coming (3) - Syrena

Kolejny makijaż z serii Halloweenowej (:


Inspiracją była "konstrukcja" rybich płetw (; Aparat niestety zeżarł część nasycenia i niuanse kolorystyczne, ale trudno... 
Całkiem się sobie podobałam w tej wersji. Może podrasuję i faktycznie wykorzystam na jakiejś przebieranej imprezie.




Do zamienienia się w syrenkę, wcale nie małą, użyłam:


- cieni z palet Sleek Bad Girl (granat) i The Original (turkus),
- najjaśniejszego cienia z paletki Bourjois Smoky Eyes (11 Bleu jeans)
- seledynu z dwójki Essence (06 perfect match)
- jasnej zieleni Sensique z LE Exotic Flower 
- kredki Bourjois Effet Smoky (73 Deep green)
- pomadki Rimmel LAsting Finish (240 Undressed)
- bazy pod cienie Art Deco
- oraz podkładu Revlon ColorStay (150 Buff) i  tuszu Max Factor 2000 Calories, nieuwiecznionych na zdjęciu (;

Rybka

25 października 2012

Pan listonosz-terapeuta

Pan listonosz poprawił mi dzisiaj humor, przynosząc dwie zamówione w poniedziałek paczki. 
Po pierwsze:


Nowe niebieskości na włosy. Lagoon Blue na wzorniku wygląda na śliczny, niebiański błękicik, ale nie liczę na taki sam efekt na włosach. Na moich pasmach la rich'e wychodzą zawsze trochę ciemniej niż na wzorniku, więc będę zadowolona, jeśli wyjdzie jaśniej niż Atlantic Blue, który miałam też poprzednio (:

Po drugie:


Moje pierwsze porządne pędzle! Po przeczytaniu różnych opinii i recenzji, zdecydowałam się na H55 do pudru (zastąpi pędzel z zestawu no name z TKMaxx), H54 do podkładu (tak, skusiłam się na pędzel do podkładu i po pierwszym użyciu jestem zakochana...) oraz H14 do różu (zastąpi skośny pędzel z H&M).


Wszystkie są wykonane z włosia syntetycznego, bardzo miękkie i miłe w dotyku. Kupiłam tu: [klik].

Niestety, pan listonosz-terapeuta poprawił mi humor paczkami tylko na chwilę, bo później bardzo nieudane zajęcia na uczelni zepsuły go na powrót. Magisterka to zło. Magisterka zaczynana w wieku, w którym powinno się już ją skończyć to podwójne zło. A magisterka na filologii francuskiej UWr to zło nieogarnięte.

23 października 2012

Long as God can grow it! vol. 8

Miesięczna aktualizacja stanu włosów (:



Zdjęcia pokazują włosy świeżo po umyciu (olej kokosowy na noc, szampon i odżywka Alterra). Widać różnicę nie tylko w długości (odrost od wrześniowego farbowania wskazuje na jakieś +1,5cm), ale i w skręcie. Co zmieniłam w pielęgnacji?

- szampony - tych z SLS używam bardzo rzadko (na razie Garnier z awokado i masłem karite). Najczęściej sięgam na przemian po płyn do higieny intymnej Facelle Sensitive oraz szampon Alterra morela i pszenica.
- odżywki i maski - oszczędnie zużywam ostatnie opakowanie Isany z olejkiem babassu, niedawno kupiłam odżywkę Alterra granat i aloes. Nadal używam maski przeciw wypadaniu włosów Natur Vital.
- olejowanie - moje włosy pokochały olej kokosowy. Są po nim bardzo miękkie i gładkie. Odkąd jest w domu, inne olejki poszły w odstawkę.
- wcierki - używałam Jantaru regularnie przez ok. 1,5 tygodnia, ale potem niestety zapomniałam, nie wzięłam na weekendowy wyjazd i sprawa się rypła. Teraz zaczynam 3-tygodniową kurację od początku.
- "stylizacja" - kupiłam i ze 3 razy użyłam pianki do loków Isana. Poza tym staram się nie czesać mokrych włosów i pozwalać im naturalnie wyschnąć.

Mam zamiar popracować jeszcze trochę nad skrętem, choć prawdę mówiąc nie chce mi się specjalnie bawić w te wszystkie żele, ugniatania, zawijania w pieluchy tetrowe, dyfuzory itp. Zobaczymy.

Kosmetycznego zniesmaczenia ciąg dalszy...


Taki oto kuponik dostałam od Oleńki na urodziny, ona natomiast wygrała go w rodzaju loterii, a znając moje upodobania postanowiła mnie nim uszczęśliwić. Jako że to bilet dla dwóch osób, poszłyśmy w zeszły czwartek pod wskazany na wizytówce adres, nie wiedząc za bardzo, czego tak naprawdę się spodziewać.

Okazało się, że przy ulicy Włodkowica 10a znajduje się siedziba Oriflame. Nic na bilecie nie sugeruje nawet, że chodzi o tę firmę. Pierwszy minus.
Nie wiedziałyśmy, gdzie mamy iść, więc spytałyśmy pana siedzącego w rodzaju informacji o panią, której nazwisko widniało na bilecie (a które litościwie zamazałam). Pan nic nie wiedział, więc usiadłyśmy w głównej sali, w której szalały konsultantki, odbierając zamówienia i prezentując kosmetyki. Zdenerwowane przedłużającym się czekaniem, już się zebrałyśmy do wyjścia, kiedy pani się znalazła, dziwiąc się, czemu nas nie ma tam, gdzie powinnyśmy być. "Próbowałam się do pań dodzwonić...". No dobra.
Pani, jak się okazało kolejna konsultantka, zaprowadziła nas do sali, w której siedziały już dwie inne uczestniczki "warsztatów". Na wątpliwości Oleńki, dotyczące alergii na dłoniach, odpowiedziała tylko, nieco zagubiona: "To pani nie zrobi peelingu, a jak zacznie szczypać, to proszę powiedzieć". Hmm...
Konsultantka nałożyła nam na dłonie odżywczą maseczkę jedynej słusznej firmy Oriflame. Warto zaznaczyć, że nałożyła ją używając jednego pędzla. Zamaseczkowane dłonie wylądowały w foliowych rękawiczkach i można było przystąpić do właściwej części "warsztatów", czyli prezentacji kosmetyków jedynej słusznej firmy. Pani konsultantka wygłaszała frazesy o cudownych właściwościach produktów, o wspaniałej linii kosmetyków ekologicznych i naturalnych (naturalnych twoja mać, na drugim miejscu w składzie żelu do twarzy: SLS), a także prezentowała firmowe zapachy. Po trzecim odmówiłyśmy wąchania kolejnych, bo nosy zrejterowały, a w sali zrobiło się duszno.
Kiedy Oleńka poskarżyła się, że dłonie zaczynają ją swędzieć, pani konsultantka zarządziła zdjęcie rękawiczek, rozdała nam ręczniki papierowe do wytarcia resztek maseczki i zaprezentowała wybór kremów do rąk. Wybrałam krem z miętą i maliną, głównie ze względu na zapach. Taka mieszanka ma bardzo kuszący potencjał, ale niestety, zapach kremu okazał się chemiczno-nijaki, dość dusząco miętowy.
Kiedy wcierałyśmy wybrane kremy, pani konsultantka prezentowała nam zalety i korzyści finansowe wynikające z bycia panią konsultantką, a na koniec, niezawodnie, wcisnęła nam katalogi.
Po takich atrakcjach, lekko zniesmaczone, poszłyśmy z Oleńką na grzańca (:

Wszystko to było dość męczącą, nachalną i ukrytą (powtarzam: na bilecie nigdzie nie było napisane, że chodzi o Oriflame) promocją firmy. Co mogę przyznać pani konsultantce, to to, że kiedy nie klepała firmowych regułek, była bardzo sympatyczną i otwartą na argumenty osobą (: No i rączki miałam faktycznie miłe, miękkie i gładkie, ale tylko do kolejnego poranka, kiedy to znów zareagowały na jesień przesuszeniem.
Ogólnie, jestem na nie.

22 października 2012

Złoto tylko dla odważnych - maseczka Perfecta

Tym wpisem rozpoczynam krótką serię kosmetycznych frustracji, bo akurat mi się jakoś nawarstwiły. Na pierwszy ogień: maseczka rozświetlająca Perfecta ze złotem i kwasem hialuronowym.


Skusiłam się na nią pod koniec września, kiedy miałam dziwnie zmęczoną i poszarzałą cerę, licząc na subtelny efekt ożywienia twarzy. Co dostałam?

Słowo od producenta i skład:


Zgodnie z zaleceniami nałożyłam maseczkę i po 15 minutach spojrzałam w lustro, po czym natychmiast poleciałam do łazienki umyć twarz. Następne dwa zdjęcia pokażą dlaczego...


Tak prezentuje się maseczka w stanie niewchłoniętym. Widać złote drobinki, całkiem zachęcające.


Tak natomiast wygląda rozświetlenie według Perfecty. Jednolita, brokatowa, złota maska. Wyobraźcie to sobie na całej twarzy... A, cytując producenta, na tym można wykonać makijaż! Pozostaje tylko powtórzyć za Mecwaldowskim:


Po zmyciu połyskującej maski, postanowiłam zbadać obietnice producenta. No to jedziemy:
- idealna jako SOS przed wyjściem - tylko jeśli wychodzimy na przebieraną imprezę jako Blaszany Drwal.
- zdrowy koloryt - po zmyciu zdecydowanie niezdrowo wyglądającej złotej warstwy nie zauważyłam znaczącej poprawy kolorytu cery.
- wypełniacz zmarszczek 3D i wygładzenie niedoskonałości - bujda na resorach.
i mój ulubiony punkt:
- rozświetlające mikropigmenty ożywiają cerę maskując cienie i oznaki zmęczenia - owszem, złoty pył maskuje cienie, ale nawet jeśli ktoś byłby na tyle szalony, żeby się tak ludziom pokazać, to nie polecam - taka pozłocona, moja twarz wydawała mi się jeszcze bardziej zmęczona niż przed nałożeniem tej nieszczęsnej maseczki.

Czy maseczka Perfecty ma jakieś zalety? Ano może i ma: twarz jest po niej gładka i miła w dotyku, ale ten efekt zapewnia właściwie każda najprostsza maseczka nawilżająca i to bez efektów specjalnych, przerażenia po spojrzeniu w lustro i panicznego zmywania złota z twarzy. 
Na wizażu przeczytałam opinię, jakoby maseczka spisywała się świetnie, kiedy nie stosujemy się do zaleceń producenta, czyli nakładana na noc i zmywana po 15 minutach. Mnie jednak nieadekwatność opisu do otrzymywanego efektu zniechęciła do tego produktu. Kiedy kupuję maseczkę rozświetlającą SOS przed wyjściem, to nie chcę maseczki odżywiającej na noc.

Nie mam jakoś szczęścia do maseczek od Perfecty. Oczyszczająca gruszkowa strasznie mnie zapchała, wygładzająca z kwasami AHA nie zachwyciła, ta znów ozłociła... Tracę powoli cierpliwość do eksperymentów z produktami ze stajni Dax Cosmetics.







19 października 2012

Nowe nabytki, które Lalę bardzo cieszą

Laptop żyje, reanimowany nowym zasilaczem, więc przystępuję do chwalipięctwa stosowanego: nabytki z nowych limitowanek Essence i Catrice (:



Limitka Essence Wild Craft podobała mi się od pierwszych zapowiedzi i z każdą następną coraz bardziej. Kiedy pojawiły się na blogach pierwsze notki świadczące o jej dostępności w Polsce, regularnie wizytowałam Naturę, ale limitkę zastałam dopiero w tę środę - pełniutki, nieruszony nawet stand. Oczka mi się zaświeciły, ale zachowałam zdrowy rozsądek i nie porwałam wszystkiego jak leci (: 
Pędzel jest miękki i przyjemny w użytkowaniu, spodziewałam się po nim mniej, więc pozytywnie mnie zaskoczył.
Puder błyszczy dość mocno i ma widoczne drobinki brokatu... Będę musiała go trochę oswoić, ale mi się podoba.
Cień ma cudowny kolor, właśnie takiego fioletu szukałam już od jakiegoś czasu. Brudny, śliwkowo-brązowy kolor z ładnym, chłodnym połyskiem.
Zestaw do brwi, składający się z ciemnego i jasnego cienia do brwi i rozświetlacza do łuku, chciałam mieć od początku i mnie nie rozczarował. Kolory są utrzymane w chłodnej tonacji i nie są przepigmentowane, dzięki czemu idealnie nadają się do lekkiego podkreślenia brwi bez teatralnie dramatycznego efektu. Ten zestaw podoba mi się znacznie bardziej niż ten ze stałej oferty Essence, który jak dla mnie jest zbyt mocno napigmentowany i zbyt rudawy.


Przy okazji, kiedy zebrałam już wszystko, co chciałam ze standu Essence, rzuciłam okiem na nową limitkę Catrice, Hollywood's Fabulous 40ties, i skusiłam się na dwa produkty:
- satynową pomadkę C02 Holly Rose Wood, w pięknym, ciemnoróżowym kolorze
- żel do brwi, bo zawsze chciałam wypróbować taki produkt, a jeśli mi nie podejdzie, moja mama już sobie na niego ostrzy zęby (:

Ze wszystkich produktów jestem jak na razie zadowolona. Powiem szczerze, że: a) już dawno limitki Catrice i Essence nie wzbudziły we mnie takich emocji, b) dawno też nie cieszyłam się aż tak bardzo po zakupach w drogerii ^^

17 października 2012

Problemy techniczne

Mój laptop chwilowo umarł, więc nowych notek nadal nie będzie... A powinno być odwrotnie, bo jak laptop umarł, to straciłam chwilowo dostęp do Guild Wars 2, który skutecznie pochłaniał mi czas pozauniwersytecki od pierwszego dnia po kupieniu ^^ Tak, jestem gejmerką. No ale laptop zded, wraz z nim zdjęcia i preparowane pieczołowicie notki. Jak odzyskam, to zamieszczę.

A teraz zaznaczę, że żyję i pochwalę się tylko, że zdybałam dzisiaj w Naturze we wrocławskiej Magnolii pełniutkie, świeżo wyłożone standy najnowszych limitowanek: Essence Wild Craft oraz Catrice Hollywood's Fabulous 40ties. Trochę je przerzedziłam, ale byłam grzeczna. Nabytkami pochwalę się niebawem, mam nadzieję ^^

Cmok w bok,
Malowana Lala

10 października 2012

Halloween is coming! (2) Sugar Skull


Kolejna z moich propozycji na nadchodzące Halloween - meksykańska sugar skull!

W roli modelki tym razem nie ja, a moja przyjaciółka ze ślicznymi błękitnymi włosami i inspirującym tatuażem. Ja wyjątkowo "tylko" w roli makijażystki, stylistki i fotografa :D
Nie rozgaduję się (:


Bilans:
- malowanie: ok. 2h
- zmywanie: ok. 10-15 minut i wielka rozpacz moja i modelki (;
- zużycie białej farbki do twarzy: pół słoiczka
- zużycie czarnej farbki do twarzy: minimalne...

... poza tym występują: cienie Sleek, eyelinery Catrice i Wibo, Duraline Inglot, lakier do włosów, wsuwki, wstążki, sztuczne kwiatki, spódnica z lumpeksu i mąka ziemniaczana (w charakterze pudru), a także zdziwione spojrzenia ludzi na ulicy (poza kadrem).

Halloween wisi w powietrzu ^^

8 października 2012

Cyber?

Dzisiaj na tapecie (a na paznokciach już nie, bo zmyłam) lakier Miyo z serii Mini Drops w odcieniu 61 Cyber Green (wspominany tutaj).


Cena / pojemność - 3,49zł / 8ml
 
Kolor - butelkowa, soczysta zieleń ze srebrnym shimmerem, co nie współgra mi z nazwą, bo dla mnie "cyber green" to neonowa limonka (;
 
 
Konsystencja - dość rzadka, dzięki czemu lakier łatwo i szybko się nakłada. Nie rozlewa się na skórki.
Krycie - po dwóch warstwach końcówki paznokci nadal są widoczne, jednak ledwo-ledwo (: Trzecia warstwa na pewno załatwiłaby sprawę, ale z niej zrezygnowałam.
Wysychanie - szybkie, bez większych problemów.
 
Pędzelek - standardowy.

Zmywanie - konieczne jest użycie bazy, bo barwi paznokcie, a także skórki przy zmywaniu.
Trwałość - końcówki zaczynają się ścierać już tego samego dnia po pomalowaniu, ale warto wziąć pod uwagę, że nie użyłam tym razem topu. Zdjęcia po 3 dniach noszenia.


Nie oczarował mnie... Jakoś nie mam nastroju do tego lakieru.


Offtop
Czemu Lali nie ma? Lala tonie w totalnym niezorganizowaniu pierwszego roku magisterki oraz w dołku przedurodzinowym (już jutro...).

1 października 2012

Wariant klasyki

Dziś bez szaleństw - krótka recenzja produktu znanego i lubianego, ale w nowej wersji.

Carmex jaśmin & zielona herbata


Właściwie do zrecenzowania został mi zapach, ponieważ właściwości tego produktu każdy dobrze zna. Gdyby jednak nie, to skrótowo: Carmex (chyba w każdej wersji) to świetny produkt pielęgnacyjny do ust - nawilża, wygładza i regeneruje nawet suche, spierzchnięte usta. Jeśli chodzi o opakowanie, to jaśmin i zielona herbata (podobnie jak inne zapachowe warianty) występuje w tubce, podczas gdy wersja klasyczna w słoiczku, a o ile się nie mylę chyba jest też wersja w sztyfcie. Tubka to fajne, higieniczne rozwiązanie, choć ze względu na zwartą konsystencję produktu i mały otwór w tubce, pod koniec ciężko z niej wycisnąć zawartość... Tępa konsystencja na ustach staje się lekka i śliska, bardzo przyjemna. Produkt nie daje koloru na ustach, jedynie połysk.

Zapach początkowo bardzo mi się podobał, choć czuć w nim bardziej jaśmin niż herbatę. Szybko jednak zaczął mnie męczyć, szczególnie, że spod niego przebija się charakterystyczny dla Carmexu kamforowo-mentolowy smrodek, sam w sobie miły, ale na dłuższą metę nużący. A połączenie tej mieszanki zapachowej z również charakterystycznym dla Carmexu uczuciem mrowienia i chłodzenia ust (mentol) i nieprzyjemnym intensywnie gorzkawym smakiem naprawdę mnie przerasta... 

Pomimo świetnych właściwości pielęgnacyjnych, nie zdecyduję się więcej na tę wersję zapachową, bo zwyczajnie mnie męczy. Kusi mnie za to wersja truskawkowa (: