23 grudnia 2012

Rok (i tydzień) zapuszczania włosów...

...czyli Long as God can grow it! vol. 10*

* Uważny czytelnik zapyta pewnie "zaraz, chwilunia, dlaczego vol. 10, a nie 12?" Otóż, czytelniku: ze dwa razy zdarzyło mi się wstawić aktualizację dwumiesięczną (;

No to do rzeczy!
Stan na dzień dzisiejszy:

 
Włosy farbowane wczoraj Joanną Naturia (odcień Czerwona Porzeczka), rozczesane na mokro, stąd brak skrętu. 
Porównanie ze stanem z listopada:


Wreszcie widać realistyczny efekt Czerwonej Porzeczki na głowie, choć nie ukrywam, wolałabym żeby ten listopadowy ogień był prawdziwy (:

A przechodząc do rocznego podsumowania... Co takiego zrobiłam, że udało mi się tak zapuścić włosy w rok? Zaczynając od absolutnych podstaw:

- zaczęłam stosować odżywkę po każdym myciu włosów. Nie ma, że boli, nie ma, że się nie chce. Odżywka nałożona nawet na 2 minuty potrafi zdziałać cuda. Dodatkowo, raz w tygodniu maska. Na początku nie przywiązywałam wielkiej wagi do składów, wybierając po zapachu i rodzaju włosów, do jakich odżywka była przeznaczona. Z czasem jednak, dzięki blogom włosomaniaczek, zaczęłam unikać parabenów i silikonów (choć nie maniakalnie). Włosy są mi chyba wdzięczne.
Moi ulubieńcy w tej kategorii: wycofana Isana z olejkiem babassu (mam jeszcze resztkę...), Alterra Granat i aloes, maska Gloria.

- rzadziej sięgam po szampony z SLS i innymi mocnymi detergentami.
Moi ulubieńcy w tej kategorii: płyn do higieny intymnej Facelle Sensitive, balsam do  kąpieli dla ciężarnych Babydream.

- olejuję włosy. Zaczęłam od indyjskiej Amli firmy Dabur, potem przyszły olejki Alterry, oleje kokosowy i makadamia, a ostatnio także Khadi stymulujący wzrost. Olejowanie chyba najbardziej przyczynia się do zachowania moich z natury suchych włosów w dobrym stanie. Zwykle nakładam oleje na całą noc i zmywam rano; staram się to robić raz na tydzień. Po takim zabiegu włosy są sprężyste, miękkie i błyszczące.
Moi ulubieńcy w tej kategorii: olej kokosowy i makadamia (:

- ostrożniej czeszę włosy. Bez szarpania i ciągnięcia. I nie na mokro. Niby nic, a jednak działa! Wybitnie pomaga mi w tym Tangle Teezer (;

- unikam stylizacji na ciepło. Nie suszę włosów suszarką (zdarzyło mi się może 3 razy w ciągu tego roku, w sytuacjach podbramkowych), prostownicy nie tknęłam od początku zapuszczania. Najgorszy okres zapuszczania przeczekałam zaplatając włosy w dobierane warkocze, a teraz moje włosy tak ładnie się układają schnąc samodzielnie, że właściwie prawie wcale ich nie stylizuję, nie związuję, nie zaplatam (;

- chodzę do zaufanej fryzjerki mniej więcej raz na pół roku (we wrześniu - po lecie; w kwietniu - po zimie), aby podciąć końcówki (:

Zaliczyłam oczywiście małe włosowe grzeszki (farbowanie drogeryjnymi farbami) i jeden większy grzech (dwukrotne samodzielne rozjaśnianie dwóch pasm przy karku), ale dzięki konsekwentnej pielęgnacji moje grzeszenie nie odbija się czkawką na stanie włosów (:

A teraz clou programu! Tadaaaa:


Jestem z siebie dumna i na pewno będę kontynuować pielęgnację (: 
Zastanawiam się natomiast nad kontynuacją serią Long as God can grow it!, jako że teraz moje włosy nie będą się już chyba wiele zmieniać... Jak myślicie, kontynuować czy odpuścić? Chciałybyście czytać kolejne miesięczne aktualizacje stanu włosów? (:

4 komentarze:

  1. pokaż stan za rok :D będą do połowy pleców :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo zacne osiągnięcie w rok :) Też bym tak chciała, ale przekombinowałam i moje roczne podsumowanie wyglądało bardzo nieimponująco ;) Może za rok ;)

    OdpowiedzUsuń

Spam zjedzą ryby.