29 grudnia 2013

Long as God can grow it! 2 lata zapuszczania włosów (:

Dwa lata temu udokumentowałam rozpoczęcie zapuszczania włosów. Wytrwałam w postanowieniu chyba dłużej niż kiedykolwiek. Niestety, ich stan nie odpowiada do końca mojej wizji pięknych włosów... Przez długotrwały stres ich kondycja osłabiła się, a ja nie miałam za bardzo głowy ani ochoty żeby o nie lepiej zadbać. Na jakiś czas zapomniałam o olejowaniu, z głowy wyleciało mi zabezpieczanie końcówek po każdym myciu, później kompletnie zapomniałam też o maskach. Przez pewien czas używałam też lżejszych odżywek i włosy zaczęły się puszyć, szczególnie teraz, zimą.


Tak prezentują się obecnie. Liczyłam na to, że będą już dłuższe, ale ze względu na słabszą pielęgnację nie dziwię się gorszemu przyrostowi. Musiałam je podciąć trzykrotnie w tym roku: na wiosnę, a później w październiku (u fryzjerki) i listopadzie (u znajomej fryzjerki za piwo), bo za pierwszym razem pani w salonie ucięła mi za mało (tak, tak też można!) i końcówki wciąż były rozdwojone i zniszczone. Na szczęście Aga poprawiła (:
Zrobiłam sobie też ukośną grzywkę.


Tu porównanie ze stanem zeszłorocznym: owszem, włosy mam dłuższe, ale widać, ze są bardziej spuszone i suche. Nie potrafię ich wystylizować w naturalne fale, bo śpię w warkoczu, po którym kosmyki nie chcą się już ładnie skręcać. Zresztą, nie tylko po warkoczu. Nawet samodzielnie schnące pasma skręcają się w dość smętne loki, częściowo rozprostowane pod własnym ciężarem. Co ciekawe, wierzchnia warstwa włosów nie kręci się w ogóle, a spodnia dużo chętniej.
Nadal nie używam suszarki, a prostownicy tylko czasem do grzywki. Od jakiegoś czasu farbuję łeb farbami Allwaves (może powinnam zejść do utleniacza 3%?). Swoją drogą, moje niebieskie pasma coraz gorzej chwytają pigmenty i szybciej tracą kolor :/
Muszę wprowadzić znów zmiany do mojej pielęgnacji...

Tak się zmieniły przez dwa lata

Cóż, liczyłam na lepszy efekt po dwóch latach zapuszczania, ale takie są skutki stresu i zaniedbań. To podsumowanie pozwoliło mi zorientować się, jak ważna jest pielęgnacja coraz dłuższych włosów i do jak kiepskiego stanu je doprowadziłam brakiem uwagi. Nie przestaję jednak starać się o piękne włosy (:

27 grudnia 2013

Podsumowanie 2013

W styczniu tego roku podsumowywałam 2012 przy pomocy krążącego wtedy w blogosferze tagu. Wykorzystam go i tym razem żeby zobaczyć, czy(m) te lata się różniły (:

Dominujące uczucie w 2013 roku? 
Frustracja i obawy, czy sobie poradzę.

Co zrobiłaś po raz pierwszy w 2013 r.?
Przekłułam język. 
Znalazłam pracę "na poważnie". 
Szukałam mieszkania. 
Brałam antydepresanty, choć bardzo długo się przed nimi wzbraniałam.
Wzięłam dziekankę na dziennej magisterce, a potem przeniosłam się na studia zaoczne.
Podjęłam się wyzwania ćwiczenia w domu i nie tylko. Zaczęłam tańczyć salsę i sexy dance.

Czego nie zrobiłaś w 2013 r.?
Nie wyprowadziłam się z domu, choć próbowałam od samego początku roku.

Słowo roku?
Mieszkanie. 

Przytyłaś czy schudłaś?
Ani to, ani to, ostatecznie utrzymałam się w stanie zeszłorocznego przytycia :/

Miasto roku?
Niezmiennie Wrocław.

Odwiedzone miejsca? 
Paryż, Praga.

Ekscesy alkoholowe?
Nie mogłam za bardzo przez antydepresanty. I w sumie dobrze.

Włosy dłuższe czy krótsze?
Wciąż dłuższe (: Szykuję porównanie po dwóch latach zapuszczania ^^

Wydatki większe czy mniejsze?
Większe, mniejsze... głównie niepotrzebne.

Wizyty w szpitalu?
Na szczęście nie.

Miłość?
Ta sama. Jedyna (:

Osoba, do której dzwoniłaś najczęściej?
Rycerz.

Z kim spędziłaś najpiękniejsze chwile?
Z Rycerzem. Paryż z mamą.

Z kim spędziłaś najwięcej czasu?
Z Rycerzem. 

Piosenka roku?
Chyba.

Książka roku?
A cholera, trochę ich było, ale mogę wyróżnić Atlas chmur (za kompozycję) i serię Malowanego Człowieka Petera V. Bretta.

Serial roku?
Daria. Przypomnienie sobie wszystkich sezonów i czasów, kiedy MTV nie była szmatą (:

Stwierdzenie roku?
Boję się.

Trzy rzeczy, z których równie dobrze mogłabyś zrezygnować?
Mam dwie:
- zakupy
- nerwy

Najpiękniejsze wydarzenie?
Jeszcze przede mną. 

2013 jednym słowem? 
Rozczarowanie. Walka.


2013 okazał się trochę lepszy niż 2012, choć wciąż pod znakiem walki z depresją, zresztą chyba wreszcie wygranej. Wciąż dużo nerwów i frustracji, wciąż za mało satysfakcji. Ale powoli się to zmienia na lepsze (:

A niedługo weselszy temat: kosmetyczne odkrycia 2013! (: 

26 grudnia 2013

Zielono mi

Znalazłam na dysku makijaż. Zmalowany jakoś na wiosnę i zapomniany, teraz jest jak znalazł, biorąc pod uwagę towarzyszącą nam tej zimy pogodę (mnie pasuje, nie tęsknię za mrozem i śniegiem!). I choinka też zielona jest. 

Zielona pyza

Kolor nadziei. A ja mam dużo nadziei na 2014 rok. Moje największe obecne marzenie ma ogromne szanse się spełnić już po Nowym Roku. Właściwie wszystko jest prawie dopięte na ostatni guzik, ale nauczona doświadczeniem będę się obawiać, że się nie uda, póki nie zamkniemy wszystkich formalności.

Poza tym mam nadzieję na lepszą pracę. Dużo lepszą. Lubię uczyć, ale nie na tak śmieciowych warunkach, jak teraz. Cóż, człowiek uczy się przez doświadczanie...


I właściwie tyle. Więcej nie chcę. Tylko żeby się udało, żebym była szczęśliwa i żeby życie było satysfakcjonujące. A widoki na to są.

Co myślicie?
Czego Wy sobie życzycie na 2014 rok?

W makijażu (prawdopodobnie) użyłam: cieni z paletki Sleek Supreme, cielistej kredki Paese, tuszu Lovely Curling Pump Up, paletki do brwi Essence Wild Craft, podkładu Bourjois Healthy Mix, błyszczyka Maybelline Color Sensational w kolorze Glorious Grapefruit...

24 grudnia 2013

Życzenia od Lali i Borsuka

źródło
Moi nieliczni, ale kochani Czytacze (grono wybranych!), 
życzę Wam wesołych świąt, udanego odpoczynku i obżarstwa bez wyrzutów sumienia (bo pójdzie w cycki), a także żeby 2014 był taki, jaki chcecie, żeby dla Was był: dla stęsknionych za spokojem niech będzie spokojny aż do nudy, a dla głodnych wrażeń niech przyniesie różne pozytywne akcje-animacje!
Tako mówię ja,
Lala Malowana


16 grudnia 2013

Jak trafić do Lali? vol. 4

Dawno nie zaglądałam na google analytics, ale jak już zajrzałam, to okazało się, że trochę kwiatków się zebrało. Nie jakoś dużo, ale dość!

buch z jaki wodnej - że jaki buch? :D
co ładniej pachnie pison hypnotic czy poison midnight - pison... ale serio, polecam iść do drogerii, a nie do wujka gógiela (;
lala września - mogłabym być miss września w kalendarzu, lubię ten miesiąc :D
pizda malowana - co kto lubi...
marta grycan kolor włosów - oh noes, muszę się przefarbować!
soczewki zielone z naturalnym nadrukiem - marzą mi się kolorowe soczewki, niekoniecznie zielone, bo taki mam kolor oczu. Ale na pewno kiedyś kupię jakieś szalone ^^
kto gra w zespole malowana lala - ja! Sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem...

9 grudnia 2013

Moje tatuaże!

Te od Maybelline, tych naskórnych się jeszcze nie dorobiłam, ale wszystko przede mną. Jak wybiorę motyw, zacznę zbierać kasę i... 
Ale nie o tym dzisiaj ^^ Dzisiaj Color Tattoo, świetne cienie w kremie. Recenzję napisałam już jakiś czas temu (klik!), na podstawie pierwszego kupionego przeze mnie odcienia, On and on Bronze. Od tego czasu moja kolekcja się powiększyła, więc chciałam przypomnieć Wam ten naprawdę godny uwagi produkt (:


W tej chwili w mojej szufladzie mieszkają 4 tatuaże:
  • On and on Bronze - połyskujący, delikatnie miedziany brąz, bardzo fajny na co dzień i jako baza pod inne cienie.
  • Permanent Taupe - trudny do określenia matowy odcień brązu złamanego szarością i nutą fioletu. Idealnie sprawdza się jako główny element dziennego makijażu oczu, subtelnie, ale wyraźnie je podkreślając. Czytałam też, że niektóre dziewczyny używają go do podkreślania brwi, ale ja jeszcze tego zastosowania nie sprawdziłam.
  • Timeless Black - matowa czerń, nadająca się głównie jako baza pod różnokolorowe smokey.
  • Pink Gold - niedostępny w Polsce odcień delikatnego, lekko łososiowego różu ze złotym połyskiem. Trafił do mnie z Francji za pośrednictwem Oleńki *:

 
Jeśli chodzi o właściwości, to nieznacznie różnią się między odcieniami. Odcienie perłowe / metaliczne nakładają się łatwo i równomiernie rozprowadzają, dając mocną warstwę koloru. Matytrochę trudniejsze w obróbce: najczęściej trzeba dołożyć produktu, żeby kolor był wyraźny i równomierny, przy czym Timeless Black robi naprawdę spore prześwity. Dlatego używam go tylko w charakterze bazy pod makijaże wieczorowe i sceniczne - wszelkie nierówności nasycenia wyrównuję cieniami prasowanymi. W tej roli sprawdza się znakomicie.



Co tu dużo mówić. Uwielbiam tatuaże! I te naskórne, i te w słoiczkach Maybelline ^^

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Chciałabym serdecznie zaprosić Was do polubienia mojej strony na facebooku. Tak, tak w końcu się dorobiłam ^^ Czasem mam ochotę napisać o czymś drobnym, albo pochwalić się jakąś pierdółką, a fanpage na fb nadaje się do tego celu lepiej niż blog (;

>>>>> Malowana na FB <<<<<

5 grudnia 2013

Pomadki Hean City Fashion

W czasie promocji na pomadki w sklepie internetowym Hean skusiłam się na coś, co od dawna miałam na mojej chcęliście - City Fashion Long Wear Lipstick. O ile mi wiadomo, ta seria została już wycofana ze sprzedaży i zastąpiona inną, Vitamin Coctail Coulour Intense (załapałam się w ostatniej chwili), ale może da się jeszcze dostać te pomadki stacjonarnie, w mniejszych drogeriach, mających w swojej ofercie Hean (:


Skusiłam się na trzy odcienie - dwie czerwienie i jeden nude, w zawrotnej cenie niecałych 4zł za sztukę. Bez promocji kosztują trochę więcej, ale nadal niewiele, bo ok. 10zł.
Opakowania są w porządku, solidne, choć nie grzeszą urodą. Zamykanie na klik nie otwiera się samoczynnie. Podoba mi się przezroczysty dół, przez który widać kolor sztyftu, dzięki czemu od razu widzę, który odcień biorę do ręki.


Jeśli chodzi o właściwości pomadek, to różnią się one w zależności od odcienia, dlatego opiszę każdy osobno. Co do wspólnych cech, to na pewno mają naprawdę dobrą trwałość. Mocno trzymają się ust, a jak już z nich schodzą, to w miarę równomiernie (: Nie zauważyłam wysuszenia ust.

153 Iced Rose

Mój nudziak. Ma ładny różowo-beżowy kolor, dość ciemny jak na nude. Ta pomadka kryje bardzo mocno, jest ciężkawa i najbardziej tępa z posiadanych przeze mnie odcieni. Sprawia trochę "plastelinowe" wrażenie... Przez to nie należy do moich ulubieńców, choć odcieniowi nie można odmówić uroku.


154 Frozen Cherry

Nazwa dobrze oddaje odcień. Jest to lekko rozbielona, wiśniowa czerwień, nadająca się do noszenia na co dzień. Jest bardziej przejrzysta i mniej tępa niż "plastelinowa" Iced Rose i za pierwszym pociągnięciem pokrywa usta nierównomierną warstwą koloru, jednak drugie pociągnięcie sztyftem po wargach załatwia sprawę. Ten odcień jest bardzo twarzowy (:


156 Burgund

Moja ulubiona. Kryje mocniej niż Frozen Cherry, ale nakłada się łatwiej niż Iced Rose i wygląda ładniej na ustach. No i ten odcień... Ciemna, głęboka czerwień, może jeszcze nie wino, ale już nie maliny i wiśnie (; Śliczny kolor na jesień i na większe okazje. Nie wiem, na co ustawiła się ostrość na zdjęciu, omsknęła mi się :D



Podobają Wam się odcienie City Fashion? Miałyście którąś z tych pomadek? Może wiecie, gdzie we Wrocławiu można je jeszcze dostać?

4 grudnia 2013

Morelowo-cytrynowe o(d)żywienie

W lecie chwaliłam się zdobyczami z praskiego DMu. Przyszła pora na recenzje jednego z produktów z tego naboju dobroci ^^
Na pierwszy ogień idzie odżywka do włosów Alverde Morela i Cytryna.


Odżywka przeznaczona jest do włosów pozbawionych blasku i łamliwych. Zamknięto ją w nieprzezroczystym, stojącym na zamknięciu opakowaniu z twardego plastiku. Przy ostatkach ciężko ją z niego wydobyć. Produkt ma gęstą, zwartą konsystencję, jednak nie ma problemu z nałożeniem go na włosy i równomiernym rozprowadzeniem. Niewątpliwym plusem tej odżywki jest jej intensywny cytrynowy zapach, przełamany lekką owocową słodyczą. Cytryna nie przypomina cifa czy kostki toaletowej, jest naturalny, kwaskowato-gorzkawy. Bardzo udany, skoro podoba się mnie, która za cytrusowymi nutami w kosmetykach nie przepada ^^


Jeśli chodzi o działanie, to cóż... szału nie robi. Jest poprawnie działającą odżywką: ułatwia rozczesywanie, nadaje połysk, zmiękcza i uelastycznia włosy. Jednak na pewno nie zachwyca w takim stopniu, żeby starać się zdobywać odżywkę dostępną tylko w zagranicznych drogeriach lub w internecie. Szczególnie, że zdarza jej się przyczynić do spuszenia włosów, przez ekstrakt z cytryny (;
Nie żałuję, że spróbowałam, ale powtórki nie planuję. Wolę wypróbować inny wariant odżywek Alverde (:

3 grudnia 2013

Świąteczna czerwień piasku

Wibo jakiś czas temu wypuściło bardzo udaną kolekcję lakierów piaskowych, która z marszu podbiła blogosferę: WOW Sand Effect, czyli zwykły piasek o matowym wykończeniu oraz absolutnie genialne WOW Glamour Sand, czyli piasek z brokatem. Mam już dwóch przedstawicieli z drugiej grupy, a ostatnio do mojej lakierowej szuflady wskoczył WOW Sand Effect w kolorze mikołajkowej czerwieni (:


Jeśli chodzi o sam odcień... Jest kontrowersyjny i zmienny (: W buteleczce i tuż po nałożeniu na paznokcie wygląda tandetnie, jak szpony nowogackiej matrony w stylu Marty Grycan. Czerwień jest krwista i jeszcze połyskuje delikatnym złotym pyłkiem. Albo nosić ją raz w roku, na święta, albo nosić się jak Grycanka... 
Zapytacie pewnie po co go kupiłam, skoro odcień mi się nie podoba? Cóż, podpowiedziała mi intuicja i to podpowiedziała mi bardzo dobrze, bo ta połyskująca czerwień zmienia się po wyschnięciu w coś dużo ładniejszego:


Czerwień ciemnieje, a piasek ją matowi. Całość zaczyna wyglądać pięknie i stylowo (:
Lakier kryje już przy pierwszej warstwie, ale ładniej wygląda przy dwóch, ponieważ więcej jest drobinek piasku i rozkładają się one bardziej równomiernie na paznokciu. Dobrze się nakłada i raczej nie rozlewa na skórki (wbrew temu, co widać na środkowym palcu - to przez nieuwagę ^^"), pędzelek jest dość cienki i długi, ale bardzo wygodny.


Niestety problem stanowi trwałość, ponieważ piasek Wibo dość szybko ściera się na końcówkach (po około dobie były już lekko starte), a przy wyjątkowym pechu potrafi też odprysnąć. Nie chcąc tracić matowego efektu, nie utrwalam go żadnym topem. Jednak to, jak wygląda na paznokciach, wynagradza mi kiepską trwałość (:
Ze zmywaniem nie mam problemów. Wiadomo, trwa trochę dłużej niż zmywanie zwykłego lakieru, ale krócej niż brokatów. Przykładam po prostu wacik na dłuższą chwilę do płytki et voila! Po wszystkim (:

Dostępny w Rossmannach (czasem trzeba się nachodzić :/ Czy w waszych Rossmannach też tak niemrawo uzupełniali szafy po szaleństwie promocji -40%?), kosztuje niecałe 8zł.

Jak Wam się podoba gwiazdkowa, piaskowa czerwień Wibo? (:

23 listopada 2013

Ross

Niech Was nie zmyli wczorajszy wpis nie-na-jedyny-słuszny-temat. Byłam wczoraj w Rossmanie. Kupiłam kosmetyki na promocji -40% na kolorówkę. A w drodze powrotnej zaliczyłam przepiękną glebę, czego rezultatem jest stłuczone i obtarte kolano. Czego się nie robi, jak się jest blogerką urodową...

Zakupy zrobiłam skromne. Oprócz tego, co widać na zdjęciu, kupiłam jeszcze prezent gwiazdkowy, którego nie pokazuję z przyczyn oczywistych (;


Do koszyka wpadły mi więc:

- matowy brokat Wibo: wersja biała [klik] przypadła mi do gustu, a wersja fioletowa zawiodła, bo właściwie niczym się nie różni od tej, którą już mam... Tylko brokat jest bardziej jednolity i nie opalizuje na tyle kolorów. Szkoda, że nie wzięłam złotego, ale wypróbuję ten fioletowy również na jasnym lakierze, może to zrobi różnicę.

/ Na paznokciach mam ciemnofioletowy lakier Essie Luxedo /

- kremowy cień Color Infaillible L'Oreal w kolorze Permanent Kaki - macając tester w Rossmannie byłam niezbyt przekonana, bo cień był bardzo suchy, a na ręce zostawiał niejednolitą poświatę. Stwierdziłam, że mimo wszystko spróbuję, w końcu ten produkt ma tak dobre recenzje... Wzięłam zielony i pokochałam po wymacaniu w domu ^^ Konsystencja jest faktycznie dziwna, lekko sucha, ale nakłada się równomiernie tworząc piękną, jednolitą warstewkę intensywnego i trwałego koloru.


- kredka do oczu Liquid Effect Pencil Max Factor w kolorze Brown Blaze - miękka i trwała żelowa kredka, którą kupiłam w ciemno, bez czytania jej recenzji. Ma taki odcień brązu, który bardzo lubię: ciemny i neutralny, ani ciepły, ani zimny.


Tak się prezentują na skórze:


Więcej zakupów nie planuję, ale przyjemnie mi patrzeć na Wasze nabytki (:

22 listopada 2013

Peeling cukrowy Organique - strzał w 10!


Nie lubię peelingów cukrowych, zawsze to powtarzam. Sztuczne drobinki ścierają mocniej, a ja lubię mocne drapanie. Cukier na mokro się rozpuszcza, a na sucho nie trzyma się ciała, spadając grudkami na dno brodzika. Tak więc na peelingi cukrowe zazwyczaj kręciłam nosem. Aż dostałam od przyjaciółki na urodziny peeling cukrowo-kawowy Organique...


Od producenta:
Oczyszcza, odświeża, wygładza i ujędrnia. Masujące drobinki kawy i cukru, złuszczają martwy naskórek, poprawiają mikrokrążenie i stymulują skórę, przygotowując ją do zabiegu.
Kryształki cukru z drobinkami aromatycznej kawy oczyszczają powierzchnię skóry z martwych komórek naskórka oraz poprawiają mikrokrążenie. Zawarta w kawie kofeina pobudza spalanie tkanki tłuszczowej i przyspiesza przemianę materii. Zawartość wosku pszczelego i masła Shea wygładza skórę, dostarcza witamin E i C, nadając skórze piękny, witalny wygląd. Po użyciu peelingu skóra jest silnie nawilżona, natłuszczona oraz elastyczna. Aromat naturalnej kawy działa orzeźwiająco i pobudza zmysły. Peeling polecany jest do każdego rodzaju skóry, a szczególnie zmęczonej, z obniżoną elastycznością oraz z cellulitem. [źródło]

Skład:


Zobaczcie, jaki ładny:

 
Moja opinia:
Jak już wspomniałam, to pierwszy peeling cukrowy, który mi się spodobał. Ba, ja go uwielbiam! Po pierwsze: zdziera, jakby był sztuczny, pewnie dzięki zawartości kawy. Używam go na uda i pośladki (bo trochę mi szkoda na całe ciało...) i uda i pośladki mam gładziutkie. Po drugie: dzięki zawartości olejów, skóra po użyciu tego peelingu jest nie dość, że wygładzona drobinkami, to jeszcze nawilżona i dzięki temu jeszcze gładsza ^^ Po trzecie: przepięknie pachnie kawowymi lodami... Mam ochotę go zjeść.
Konsystencja jest zwarta, dość sucha i na początku dość ciężko było wybrać potrzebną ilość produktu. Trzyma się ciała całkiem nieźle, jak na cukrzaka. Oczywiście, trochę spada i stuka o brodzik, ale zdecydowanie mniej niż w przypadku wcześniej używanych produktów tego typu.


Jeśli chodzi o jego potencjalne działanie antycellulitowe czy też spalające tkankę tłuszczową, to nie jestem przekonana, aby mógł dużo w tej materii zdziałać. Skóra jest natomiast nawilżona, elastyczna i po prostu wygląda pięknie. Mnie takie działanie satysfakcjonuje, szczególnie że towarzyszy mu cudny odprężający zapach (:


Podsumowując, uważam ten peeling za naprawdę świetny produkt i nawet rozważam zakup kolejnego opakowania (może w innej wersji zapachowej?), gdy to mi się skończy. Odkąd firma Organique pojawiła się na rynku, budziła moje zainteresowanie. Kupuję tam savon noir na wagę, podobnie jak glinki w proszku, gdy chcę jakąś nową wypróbować. Jednak ich gotowe produkty, jak masła czy właśnie peelingi, budziły moją nieufność przez dość wysokie ceny. Widzę, że chyba niesłusznie (:

12 listopada 2013

Viva la muerte! Sesja meksykańska

Dwa tygodnie temu pracowałam przy sesji zdjęciowej, na potrzeby której zmalowam dwie czaszki - meksykańską i zwykłą (: Praca była bardzo przyjemna w trakcie sesji, w układzie koleżeńskim, na czym się trochę przejechałam... Chwalę się swoją pracą dopiero teraz, ponieważ miałam trochę nieprzyjemności i trudności z uzyskaniem zdjęć od fotografa (ostatecznie dostałam je od modelki). Prawdę mówiąc jestem zniechęcona do tej sesji, ale mam nadzieję, że praca włożona w te makijaże jest widoczna (:

fot. Renata Adamiak
fot. Tomasz J. Kostyła

Fot. Tomasz J. Kostyła
Modele: M.Ortycja i Kamil
Na niektórych zdjęciach poprawiłam kontrast i balans kolorów.

Więcej zdjęć TUTAJ! (:

16 października 2013

Sperma Edwarda czyli flejki (:

Zanim przejdę do tematu, chyba powinnam wyjaśnić tytuł posta wszystkim zażenowanym... :D
Kiedy kupiłam swój pierwszy flejkowy lakier, Jolly Jewels, Rycerz nadał mu tę nazwę, którą natychmiast podchwyciłam. Zaiste, substancja w buteleczkach może przywodzić na myśl inną substancję, pochodzącą od sparklącego wampira. Gdyby producenci mieli nasze poczucie humoru / odwagę / autodestrukcyjne skłonności, nazwaliby swoje flejki spermą Edwarda i już :D


No ale nie o tym. Chciałam dzisiaj zrobić małe porównanie moich flejków i im podobnych topów, bo trochę ich już nazbierałam (: A dokładnie tyle:


My Secret nr 104 - flejki, które odkupiłam od Lady in Purplee chyba jeszcze w lecie. Marzyły mi się, ale nie mogłam na nie trafić w Naturze, chyba je wycofali. Efekt, jaki dają bardzo mi się podoba. Przy jednym zamoczeniu pędzelka, flejki pokrywają równomiernie i gęsto płytkę paznokcia. Byłby to idealny dla mnie lakier tego typu, gdyby nie to, że nie opalizuje na niebiesko-fioletowo, a takie lubię najbardziej! Obracając buteleczkę pod różnymi kątami można wykrzesać z niego niebieski, ale na paznokciu nie ma o tym mowy... Połyskuje tylko w odcieniach zieleni, złota, pomarańczu i czerwieni ):  Ocena: 5/6

Wibo WOW Matte Glitters nr 2 - top z ostatniej kolekcji Wibo (nie mylić z limitowanką) skusił mnie "mroźnym" efektem, jaki daje połączenie brokatu z matową bazą (: Drobinki połyskują na jasne, pastelowe odcienie złota, różu i seledynu. Lakier nakłada się łatwiutko i rozkłada równomiernie. Dla nielubiących matu - pociągnięty przezroczystym topem prezentuje się również prześlicznie. Bardzo mi się podoba, ale mam go dopiero drugi raz na paznokciach, więc nie jestem w stanie dużo jeszcze powiedzieć, poza tym, że zapowiada się miła znajomość. Kusi mnie jeszcze fioletowy top z tej samej kolekcji (: Ocena: 5/6


Golden Rose Jolly Jewels nr 101 - nie dopadła mnie blogowa mania na JJ, która zapanowała na początku roku. Przyglądałam się im na stoisku, a ponieważ właśnie szukałam flejków, stwierdziłam, że wypróbuję, skoro wszyscy się tak nimi zachwycają... Cóż, ja zachwycona nie jestem. Poniżej prezentuję go na czarnym lakierze i tu jeszcze wygląda całkiem ok, ale na innym kolorze jest już dużo gorzej. Szczególnie na jasnych odcieniach nie widać prawie opalizującego efektu, a przez to osadzone na paznokciu drobinki sprawiają wrażenie "kraterów" w lakierze... Coś jak rozszerzone pory paznokciach, fuj :/ 
Flejki w mętnej bazie są duże, przez co powierzchnia paznokcia jest nierówna, a dodatkowo na płytce osadza się ich dość mało i trudno je równomiernie rozłożyć. Bardzo podoba mi się to, w jaki sposób opalizują, szczególnie w buteleczce. Na paznokciach ten efekt niestety się zatraca. Przy aplikacji lakier potrafi być nieco tępy. Trwałość bez zarzutu. Ocena: 2/6

Miss Selene nr 167 - mini lakier na moje mini potrzeby (: Kupiony na stoisku Golden Rose za 1-1,50zł, nie pamiętam dokładnie. W mętnej bazie zatopione są okrągłe drobinki brokatu, połyskujące zielenią, błękitem, różem, fioletem i złotem. Na paznokciach widać głównie zieleń, złoto i błękit. Trochę trudniej rozłożyć brokat równomiernie, ale nie jest tak źle. Ocena: 4/6


Jak Wam podobają się flejki / delikatne brokaty? Znacie jakieś dobre w odcieniach niebiesko-fioletowo-zielonych? (:


14 października 2013

Sałatka francusko-japońska czyli LAYERING cz. 2 - demakijaż

Pierwszym krokiem systemu pielęgnacji, szumnie nazwanego layeringiem, jest demakijaż olejami. Czy dowiemy się czegoś nowego? (:


Pielęgnacja cery - 1. demakijaż olejami 

Wiadomo, że demakijaż, a właściwie wstępne oczyszczanie twarzy, jest bardzo ważnym krokiem do pięknej cery. Nie ma znaczenia, czy danego dnia nakładałyśmy makijaż, czy nie - wieczorem należy usunąć nagromadzone na skórze zanieczyszczenia. Autorka książki nazywa powietrze w miastach "chemiczną bombą", która wpływa na degradację naskórka, powoduje odwodnienie oraz przyspiesza starzenie się skóry, a więc i powstawanie zmarszczek.


Dlatego właśnie dokładne oczyszczanie skóry twarzy jest bardzo istotne, a jego wstępnym etapem jest "demakijaż". Można do tego celu użyć mleczek, płynów micelarnych itp., ale autorka namawia do wykorzystaniu olejów, ponieważ ten produkt najczęściej wybierają dbające o siebie Japonki (:

Szczerze powiem, że nie byłam nigdy entuzjastycznie nastawiona do zmywania twarzy olejem. Sposoby z mieszanką olejów, wilgotną ściereczką i piętnastoma minutami od razu odrzuciłam. Na szczęście w tej książce opisany jest inny, mniej upierdliwy sposób.

Demakijaż olejem
Przed przystąpieniem do rzeczy należy, a jakże, umyć i osuszyć ręce. Wybrany olej nakładamy na twarz i szyję w umiarkowanej ilości - tak, żeby było go dość sporo, ale żeby z nas nie kapał (; Następnie wykonujemy delikatny masaż, wstępnie oczyszczając i nawilżając skórę. Jest to naprawdę relaksująca czynność ^^ Z mocno umalowanych oczu można następnie zebrać nadmiar kosmetyków wacikiem (ja często przemywam je dodatkowo płynem dwufazowym).

Schemat robienia dobrze twarzy (:
Następnie należy spłukać olej z twarzy wodą przed przystąpieniem do oczyszczania właściwego (:

 
Jaki olej wybrać?
Do demakijażu nadają się różne oleje, a każdy ma swoje zalety. Do tego etapu warto wybrać olej naturalny, bez chemicznych domieszek i ulepszaczy, ale tani. Autorka książki poleca:

a) oliwę z oliwek - tani (jak na kieszeń Francuza, u nas potrafi swoje kosztować... :D), ale skuteczny olej o właściwościach zmiękczających i uelastyczniających skórę, bogaty w witaminy A, D, E i K.

b) olej z pestek moreli - zmiękczający i odżywczy, zawiera witaminy A i E i jest dobry do wrażliwej cery.

c) olej ze słodkich migdałów - uwielbiam stosować go na włosy i prawdę mówiąc, nie stosowałam go do demakijażu, bo mi było trochę szkoda ^^" Jest dość tłusty, ma działanie łagodzące i świetnie nadaje się do skóry wrażliwej, podrażnionej, suchej i bardzo suchej.

d) olej kameliowy - skarb Japonek. Prawdę mówiąc, nie słyszałam o nim, dopóki nie przeczytałam tej książki. Długotrwale nawilża cerę i pomaga walczyć z przedwczesnym starzeniem się skóry, odżywiając ją i chroniąc. W Polsce jest jednak praktycznie niedostępny albo bardzo drogi i ze względu na ja raczej nie polecam marnowania go na demakijaż...

e) olej arganowy - kto nie słyszał jeszcze o dobroczynnym działaniu arganu... Bardzo odżywczy, zapobiegający przesuszeniu skóry, skuteczny także jako wspomaganie walki z łuszczycą, rumieniem i trądzikiem.

f) olej z awokado - ma działanie przeciwzmarszczkowe, nawilżające i ochronne. Wspomaga regenerację komórek skóry dzięki dużej zawartości witamin A, B, C, D, E, K i biotyny.

g) olej jojoba - nawilża, odżywia i działa przeciwzmarszczkowo, a także przyspiesza gojenie się ewentualnych ranek. 

h) olej z dzikiej róży - jeden z najlepszych olejów przeciwstarzeniowych, jest silnym antyoksydantem, a jednocześnie ma właściwości łagodzące i świetnie nadaje się do cer suchych i wrażliwych.

Jeśli chodzi o mnie, do layeringowego demakijażu używam tych olejów, których mi nie szkoda: oleju makadamia (bo niespecjalnie sprawdził się na moich włosach) i kokosowego (bo mam go dużo i jest tani). Dobrze usuwają zanieczyszczenia z twarzy i rozpuszczają kosmetyki, choć makijaż oczu stanowi czasem wyzwanie... Rozmazuje się po policzkach i skroniach, a czasem nie schodzi w całości i muszę się wspomóc innym produktem do demakijażu - płynem dwufazowym albo micelarnym. Osobom noszącym soczewki kontaktowe gorąco polecam wyjąć je przed przystąpieniem do demakijażu olejem. Naprawdę, prosto z serca. Nie chcecie przeżywać rozmazanego tuszu z tłuszczem pod soczewką (;

Czemu oleje? Bo, oczyszczając, jednocześnie wstępnie nawilżają i pielęgnują cerę. Po zmyciu oleju i umyciu twarzy mydłem alepp, moja skóra jest dużo przyjemniejsza w dotyku i wygląda na czystszą i bardziej rozświetloną niż po samym mydle. 

Co myślicie o takim demakijażu? Chce Wam się bawić w takie atrakcje, czy pozostajecie przy drogeryjnych produktach? (: