29 maja 2013

Wzmacnianie włosów z Baikal Herbals

Żeby nie było, że ciągle mi te rosyjskie kosmetyki nie podchodzą - dzisiaj recenzja produktu niezłego. Niezłego, choć nie powalającego. Nawet nie zachwycającego. On jest ot tak sobie przeciętnie niezły. A mowa o wzmacniającym balsamie do włosów Baikal Herbals:


Co nam przetłumaczył polski dystrybutor:


W skrócie obiecuje się nam wzmocnienie włosów, przeciwdziałanie wypadaniu, wygładzenie i blask. Mamy też mieć naturalny skład. No to przyjrzyjmy mu się:


Składniki aktywne:
Olej z cykorii (Cichorium Intybus Oil) - inulina z cykorii dokładnie oczyszcza skórę głowy oraz włosy i zwalcza przyczyny powstawania łupieżu, a także łagodzi podrażnienia skóry i likwiduje jej swędzenie, chroni naturalną, korzystną dla skóry florę bakteryjną oraz poprawia rozczesywanie i wygląd.
Pięciornik srebrny (Potentilla Argentea Extract) – pomocny w stanach zapalnych skóry owłosionej głowy, łupieżu tłustym, wypadaniu włosów na tle łojotoku i zakażeń drożdżakami.
Patrinia sybirska (Patrinia Sibirica Extract) – czyni włosy miękkie, jedwabiste.
Żeń - szeń (Organic Panax Ginseng Extract) - używany w Azji od tysięcy lat, poprawia krążenie i reguluje metabolizm komórek, przyczynia się do odżywienia i wzmocnienia włosów. Żeń-szeń jest dobrym środkiem na porost włosów, szczególnie u kobiet.
Organiczny olej z nasion czarnej porzeczki (Organic Ribes Nigrum Seed Oil) - olej z nasion czarnej porzeczki stosowany jest w leczeniu wszelkiego typu podrażnień skóry, atopowym zapaleniu, egzemie, łuszczycy, świerzbiączce, łupieżu, wypadaniu włosów. Wzmacnia włosy i cebulki włosowe.
źródło

Nic do zarzucenia w tej kwestii. 

Opakowanie:
W tej kwestii do zarzucenia mam najwięcej... Niby wszystko ładnie i zgrabnie, delikatne kobiece kwiaty i smukła butelka. Niestety, estetyka to nie wszystko, a z praktycznością tej butelki jest bardzo, bardzo źle. Plastik jest gruby i nie pozwala na wyciśnięcie nawet małej porcji produktu. Butelka jest zakręcana (cholernie niewygodne pod prysznicem), brak też jakiegokolwiek dozownika, więc wydobywanie produktu odbywa się przez potrząsanie zakręconą butelką do góry nogami, żeby odżywka spłynęła do szyjki, a następnie potrząsanie i lekkie ściskanie butelki odkręconej, żeby coś wyleciało na dłoń. Zwykle wylatuje za mało albo za dużo, nigdy w sam raz, a przez to balsam jest kompletnie niewydajny.


Moja opinia:
Nawet polubiłam ten balsam. Ma przyjemną, lekką, ale nie spływającą z włosów konsystencję, łatwo się nakłada i delikatnie pachnie. Włosy po jego użyciu są miękkie, łatwo się rozczesują, a przy stosowaniu regularnym faktycznie przestają wypadać. Robi więc to, co zostało obiecane i to, co ogólnie odżywka powinna robić, jednak dla mnie to za mało, żeby użerać się z opakowaniem i słabą dostępnością tego produktu... Ten sam efekt osiągnąć mogę środkami łatwiejszymi w obsłudze, o może trochę uboższym składzie, ale za to ogólnie dostępnymi.


Balsam kosztuje około 15-20zł (zależy od sklepu) i jest dostępny w internetowych sklepach z naturalnymi kosmetykami.

Podsumowując: nie żałuję zakupu, bo kosmetyk się sprawdza, ale ze względu na opakowanie i wiążącą się z nim niewydajność, nie będę się za nim uganiać po internetach.

27 maja 2013

Pokuszenie

Tak, chcę!

Rozdanie u Angel:


Jak tu się nie skusić? (:

Wpuść babę do internetu...

... czyli złożyłam z przyjaciółką zamówienie na katherine.pl. Dzisiaj przyszła paczka.


Moja część prezentuje się następująco:

W ogóle
W szczególe raz
W szczególe dwa
To było moje pierwsze zamówienie z katherine, więc może dlatego tak się rzuciłam. Tak, próbuję się usprawiedliwiać. Ban na zakupy od czerwca do odwołania.
Biżuteria jest jakości takiej, jakiej się spodziewałam. Jedne rzeczy są całkiem porządne, inne mniej, ale cena pozwala dużo wybaczyć. Wszystkie jednak prezentują się nieźle jak na tak tanie produkty, także z zakupów jestem zadowolona (:

Jeśli chodzi o podjęte zobowiązania, to dbanie o siebie wchodzi mi w nawyk. Najłatwiej było przyzwyczaić się do pielęgnacji twarzy, a najtrudniej - ciała. Tu na razie zmotywowałam się tylko do codziennego wsmarowywania antycellulitu i kremu do biustu, pozostałe partie ciała dostają nawilżacze jak mi się chce, ale mobilizuję się (;

Jeśli chodzi o pisanie pracy, to po weekendowym zrywie znów idzie mi jak po grudzie. Jak krew z nosa, no. Duszę i duszę, a słowa się nie układają, kartki gubią, myśli uciekają. Dupa, nie praca. To przez prehistoric monster syndrome, ot co. Po środzie będzie lepiej.

Jak u Was mija poniedziałek? (:

25 maja 2013

Lala piecze

And now, for something completely different...

PAPATACZE czyli ŚLIMAKI


Czyli mój wypiek na dzień mamy (już jutro!). Papatacze, czyli drożdżowe ślimaczki z bakaliami, pyszne i efektowne, choć dość proste w wykonaniu (: Kiedyś robiłam je częściej, potem wsiąkłam w różne warianty muffinek i dopiero niedawno sobie o tych bułeczkach przypomniałam.

Robi się je tak:

Ja robiłam te proporcje x1,5, stąd wszystkiego trochę więcej, niż napisane (;
Oprócz tego, co na zdjęciu potrzebne będzie jeszcze kolejne 5 dkg cukru i 3 dkg masła (do nadzienia) oraz 10 dkg cukru-pudru, trochę wody, trochę soku z cytryny i łyżeczka masła (do polewy).

Najpierw robimy ciasto: drożdże mieszamy z odrobiną mleka i łyżeczką cukru i odstawiamy na 10 minut. Potem wlewamy je do mąki, lekko mieszamy, a następnie dodajemy pozostałe składniki (oprócz bakalii!) i zagniatamy ciasto, które formujemy w kulę, przykrywamy czystą ściereczką i zostawiamy na 30 minut.
W tym czasie możemy posiekać bakalie. Ja dałam 15 dkg rodzynek i 15 dkg migdałów i orzechów laskowych i włoskich, które posiekałam na dość duże kawałki. Do pokrojonych bakalii dodajemy sok z połowy cytryny i łyżeczkę cynamonu, mieszamy.
Gdy ciasto wyrośnie, wałkujemy je w kształt zbliżony do prostokąta, na grubość około centymetra. Następnie posypujemy rozwałkowane ciasto cukrem i wiórkami masła, a na to równomiernie wykładamy bakalie i zwijamy ciasto w rulon, który kroimy na plastry.

plastry mogą być trochę cieńsze niż na zdjęciu (;
Otrzymane ślimaki układamy na blaszce z papierem do pieczenia, zostawiając im dość miejsca na rośnięcie przez kolejne 30 minut i potem w piekarniku. Co wypadnie z nadzienia przy przenoszeniu, to powtykać z powrotem do ślimaka w pozycji horyzontalnej (;


Po 30 minutach rośnięcia, wrzucamy blachę do piekarnika i pieczemy na złoty kolor. W moim piekarniku oznaczało to 10 minut w 180 stopniach, ale mój piekarnik jest nadzwyczajnie szybki, więc możliwe, że będą musiały posiedzieć minut 15 albo 20. Trzeba sprawdzić, test koloru i suchego patyczka jak najbardziej wskazany.
W czasie, gdy ślimaki siedzą w piecu, możemy ugotować polewę lub, jak kto woli, glazurę. Rozpuszczamy łyżeczkę masła w rondelku, dodajemy cukier-puder, trochę wody i soku z cytryny, mieszamy cały czas. Ma mieć półpłynną postać, więc w razie czego dodajemy cukru lub płynów. Zagotowujemy, wciąż mieszając i wyłączamy gaz, ale zostawiamy rondelek na palniku. Polewa dość szybko gęstnieje, więc warto zamieszać od czasu do czasu.


Po wyjęciu papataczy z piekarnika zostawiamy je na chwilę do ostudzenia, a następnie polewamy glazurą. Mniam!

PS. Tak, pisałam dzisiaj (;

Magiczna sztuczka...

...czyli Malowana Lala znika. Na chwilę. Na jakiś czas. Albo chociaż się ogranicza.

Wzięłam się do roboty i mam nadzieję, że tym razem nie skończy się na dwóch dniach, tylko zepnę wreszcie pośladki i skończę pracę, która wisi nade mną już od dawna... W najbliższym czasie moja codzienność będzie się więc prezentować tak:


Piszę o tym na blogu, bo traktuję to jak zobowiązanie - pokazałam, podjęłam się, teraz trzeba się wywiązać. Mam nadzieję, że już niedługo wrócę i napiszę, że praca jest skończona, a ja czekam na termin obrony. 
Naprawdę przydałoby się zamknąć ten nieprzyjemnie kojarzący mi się etap życia, a licencjat z historii sztuki to ostatni krok. Tak jak powiedział mi wczoraj Rycerz: "koniec tak blisko, że nie ma co na niego tylko patrzeć". I tego się trzymam.

W przerwach od pisania uprawiam małe odstresy, jak na przykład:


Prosta biała szafka z szufladami z Ikei. Poskładana już jakiś czas temu, czekała na ostateczne zagospodarowanie. Wczoraj się za to wzięłam i powtykałam w szufladki to, co mi się walało po wierzchu luzem i w pudłach. Szafka miała dołączone białe karteczki-organizery, ale uznałam, że przyda się trochę koloru. Kolorowych kartonów mam mnóstwo, toteż wyszła mi tęczowa komódka gejowska*. Proste, a efektowne i zmienia nudny mebel w coś weselszego (:

* no offence, jeśli ktoś byłby tak przewrażliwiony, żeby się obrazić (;



Wracam do roboty, trzymajcie kciuki i kopcie w dupę na zachętę!

24 maja 2013

Rossmann - zakupy promocyjne i te mniej (;

Tak, ja też dałam się porwać promocji w Rossmannach robiąc zakupy częściowo tylko przemyślane. I tylko częściowo promocyjne. Tak to jest, jak się zawczasu nie dopatrzy i nastawia na to, że -40% ma być na całą pielęgnację... Człowiek sporządza listę zakupów, drepta radośnie do drogerii, a tam zonk, bo promocja a i owszem, na pielęgnację, ale tylko twarzy. Zrezygnować z rzeczy z listy? Nigdy! :D

Tym sposobem na słynnej promocji, czując się częścią blogerskiej wspólnoty, kupiłam:


Micel Bielendy Esencja Młodości kiedyś już u mnie gościł, polubiliśmy się, więc ucieszyłam się widząc go na rossmannowskiej półce i wzięłam zapasik. Błyszczyki Maybelline z serii Color Sensational również lubię, głównie za mocne krycie, gęstą konsystencję i brak lepkości. Odcień Nude Pearl jest jednym z moich ulubieńców, tym razem postawiłam jednak na coś bardziej kolorowego i wzięłam Glorious Grapefruit. Z kolorówki w koszyku wylądowały także brązowy żel do brwi Wibo i upragniony czarny Color Tattoo. Ile się musiałam naszukać takiego, który nie byłby otwierany! Wszystkie egzemplarze leżące bliżej wierzchu miały przerwaną folię zabezpieczającą, ale w końcu się dokopałam do niemacanego (:
Wracając do pielęgnacji, z Rossmanna wyszłam też z maseczkami Dermiki: odżywczą różaną (Satysfakcja) oraz energetyzująco-nawilżającą (Energia). Tej drugiej było dwie sztuki, ale wczoraj jedną wypróbowałam i jestem zachwycona. W ogóle maseczki Dermiki bardzo mi pasują (: 
Last but not least, żel pod oczy Floslek z herbatą - klasyk, co tu się rozpisywać. Smaruję sobie nim podoczy siedząc przy komputerze.

Zakupy mniej promocyjne (mniej, bo niektóre jakąś tam promocją objęte jednak były) prezentują się następująco:


W swoich postanowieniach zobowiązałam się zadbać o stópki, więc mamy kremy Fuss Wohl i peeling No36. Po wczorajszym pierwszym kopytnym seansie spa muszę powiedzieć, że widzę różnicę (: Idąc dalej mamy preparat do zmiękczania skórek Sally Hansen (w promocji), sprawdzony i lubiany przeze mnie balsam brązujący Lirene (w promocji, niestety po wersji do jasnej karnacji została tylko cena...) i serum antycellulitowe Eveline
Dodatkowo zahaczyłam o stacjonarny sklep Helfów i kupując kokosową Vatikę dla koleżanki, wyszłam z olejkiem do cery mieszanej Khadi, który już od dawna mi się marzył. 

Tak patrząc trzeźwym okiem na moje majowe zakupy, nie tylko kosmetyczne, coś czuję, że będzie ban wydatkowy na całe wakacje...

21 maja 2013

Czym to pachnie?

Trafiłam dzisiaj na bardzo interesującą ofertę w Douglasie we wrocławskiej Galerii Dominikańskiej. Ofertę, z której radośnie skorzystałam i tym sposobem stałam się właścicielką tego oto, różowego, kobiecego cudeńka o interesującej zawartości:


Już słyszę głosy: "oszalała, kolejna szminka? Będzie chyba musiała wykształcić drugą parę ust, żeby to wszystko zużyć..."
Otóż nie, nie jest to szminka (: 
To...


No właśnie. Praktyczny gadżet dotorebkowy, który marzył mi się już od dawna (: Douglasowa promocja polegała na tym, że przy zakupie perfumetki (11zł) i dowolnej innej rzeczy (mogą być nawet kulki do kąpieli za 1,60zł), perfumetka zostaje wypełniona wybranymi (z ograniczonej puli) perfumami. Do wyboru była m.in. Coco Mademoiselle Chanel, Aqua Allegoria Guerlain, Amor Amor Charcharel, 2 zapachy z serii D&G oraz Davidoff Cool Water, o który poprosiłam. Perfumetki są dostępne w kolorach różowym, czarnym i srebrnym.


Napełnianie jest proste: zdejmujemy zatyczkę i skuwkę, odkręcamy atomizer, wpsikujemy do buteleczki ulubione perfumy, zakręcamy atomizer, wciskamy skuwkę, zamykamy (: Gdy zapach się skończy, a my chcemy odpsikać do perfumetki jakiś inny, buteleczkę należy umyć, przepłukać kawą lub octem i zostawić odkręconą, aż niepożądany aromat się ulotni.
Atomizer rozpyla perfumy mocno i szeroko, więc wystarcza jedno psiknięcie, by się wypachnić (:


Tym sposobem zdobyłam nie tylko gadżet, który chodził mi po głowie od jakiegoś czasu, ale i próbkę nowego dla mnie zapachu, który mnie zainteresował. Lubię świeże zapachy, a także ostrzejsze, męskie nuty i chętnie zbadam, jak Cool Water zachowuje się na mojej skórze. 

źródło

Po tego typu perfumy sięgam najchętniej na wiosnę, kiedy świeci słońce i nos nie chce być już otulany ciepłymi rozpieszczaczami (: Do tej pory szczególnie polubiłam się z tymi świeżymi i orzeźwiającymi zapachami:


Be Delicious DKNY - potocznie nazywane jabłuszkiem. Z początkiem czujemy orzeźwiającego ogórka i grejpfruta, potem rozwija się w kierunku słodkiego jabłka i kwiatów, żeby zakończyć ciepłą ambrą i drzewem sandałowym. Najbardziej lubię i najlepiej czuję pierwszą fazę.

I love love Moschino - mój pierwszy, najwcześniejszy zapach, z którym wiele osób mnie kojarzyło, który opuściłam i do którego niedawno wróciłam. Jest mocno cytrusowy, grejpfrutowy na początku i nie traci cierpkości wraz z wchodzącą kwiatowo-cynamonową nutą serca. Baza to podobno nuta drzewna, ale jej nie wyczuwam tak dobrze.



Czym Wy lubicie pachnieć, gdy jest ciepło i słonecznie? (:

20 maja 2013

7 grzechów urodowych, czyli podejmuję walkę!

Follow my blog with Bloglovin
Każdy ma na sumieniu jakiś urodowe grzeszki, mniejsze lub większe. Jednak im większą mamy kosmetyczną świadomość, tym łatwiej je wyeliminować, choć nie zawsze, o czym świadczy moja poniższa lista ^^" 
Z niektórych grzeszków nie zrezygnuję (na przykład z farbowania włosów drogeryjnymi farbami), ale postanowiłam zabrać się za siebie i wyplenić przynajmniej te zaniedbania, które są związane z moim lenistwem.


1. Zbyt rzadko nakładam maseczki
Niezależnie czy to gotowce z saszetki / tubki, czy też glinki do zmieszania, trudno mi wytrwać w ich regularnym stosowaniu, a przy tym otrzymać wymierne efekty pielęgnacyjne. Szkoda żeby zielona glinka czy spirulina mi się zmarnowały na używanie z doskoku i chciałabym na własnej skórze zobaczyć ich działanie, zachwalane przez tyle dziewczyn!

Obietnica poprawy:   maseczka dwa razy w tygodniu, najlepiej w każdy poniedziałek i czwartek.


2. Brak systematyczności w stosowaniu kosmetyków do ciała
Antycellulity, ujędrniacze, poprawiacze czy zwykłe balsamy i masła... lubię mieć, a prawie nie stosuję :/ Moja skóra mnie za to nie karze, ale wiem, że gdybym ją regularnie smarowała, wyglądałaby lepiej i byłaby milsza w dotyku (:

Obietnica poprawy:   cóż innego, jak codzienne smarowanie po wieczornym prysznicu... I ban na kupowanie nowości, dopóki nie zużyję tego, co mam (;


3. Brak systematyczności w oczyszczaniu i pielęgnacji twarzy
Na szczęście nigdy nie zdarza mi się pójść spać w makijażu, ale często poprzestaję na zmyciu szpachli dwufazą i micelem. A moja buzia zasługuje na więcej! Także rano - przydałby się konsekwentnie stosowany krem. Przede wszystkim chcę oczyścić i zwęzić pory.

Obietnica poprawy:   plan pielęgnacyjny na każdy dzień: rano przetarcie twarzy tonikiem / hydrolatem, potem krem matujący Baikal Herbals, wieczorem demakijaż, oczyszczanie czarnym mydłem, solidny krem na noc (lub olej) i pod oczy. Raz w tygodniu peeling mechaniczny, dwa razy maseczka (patrz punkt 1.)


4. Obgryzanie skórek paznokci
Brzydki nawyk z brzydkimi skutkami... Po półtora tygodnia wsmarowywania oleju z pestek śliwek w paznokcie i okolice, płytka odzyskała formę, ale skórki po bokach paznokci nadal są twarde i suche, co niestety prowokuje mnie do skubania...

Obietnica poprawy:   nie zaprzestawać wcierania olejku i... powstrzymywać się :/


5. Stopy traktowane po macoszemu
Nie mam dużych problemów ze stopami (żadnych pękających pięt, na szczęście ^^), jednak mogłyby wyglądać lepiej. Nierozchodzone baleriny przyozdobiły je dodatkowo długo gojącymi się pęcherzami...

Obietnica poprawy:   zakup kosmetyków stricte do stóp (peeling, sól zmiękczająca albo coś podobnego, krem, porządna tarka) i używanie ich. Nic tak nie motywuje, jak chęć wypróbowania nowych kosmetyków ^^"


6. Używanie podkładu przy każdym makijażu
Dla wielu dziewczyn nie będzie to żaden grzech, ale ja chciałabym mniej obciążać moją buzię i przekonać samą siebie, że nie potrzebuję paciać się podkładem na zakupy do supermarketu. Mam już w końcu za sobą okres nastoletniego buntu cery (;

Obietnica poprawy:   stosować się do wyznaczonych w punktach 1. i 3. postanowień i obserwować poprawę cery :D Ograniczać kryjące podkłady i przy "mniejszych wyjściach" poprzestawać na korektorze i pudrze.


7. Brak konsekwencji w olejowaniu włosów
Przez brak systematyczności nie mogę docenić pełnych efektów olejowania włosów. O ile w przypadku olejowania długości brak systematyczności jest wybaczalny, to w przypadku nacierania skalpu już nie... Nakładając Khadi "jak mi się przypomni", nie pobudzę włosów do wzrostu.

Obietnica poprawy:   olejek Khadi wcierany w skalp co najmniej dwie godziny przed każdym myciem włosów, olejowanie długości dwa razy w tygodniu.


Tak prezentuje się moja lista grzeszków i postanowień. Przez kolejne dwa miesiące spróbuję jak najbardziej konsekwentnie stosować się do własnych zasad i zamieszczę podsumowanie efektów (:

Jak prezentują się Wasze urodowe grzechy? Może przyłączycie się do mnie w postanowieniu ich eliminacji? Serdecznie zapraszam (:

18 maja 2013

Multicolor ice cream

Po okresie neutralnych i prostych makijaży zachciało mi się żywych kolorów. Okazja do zabawy pędzlami nadarzyła się w czwartek - świeciło słońce, ja ubrałam długą hipisowską kieckę i wybierałam się na małe zakupowe szaleństwo. Powstało więc coś takiego:


W makijażu na "kolorowe lody" udział wzięli:
- kolorowe cienie z palety Sleek Curacao (fiolet, mięta, niebieski i żółty) oraz biały mat Miyo
- tusz Maybelline Colossal Volum' Express
- paletka do brwi Essence LE Wild Craft
- róż Essence LE Vintage District
- błyszczyk Rimmel Vinyl Gloss (nr 240 Fall in love)
- podkład i korektor Bourjois Healthy Mix
- puder Catrice LE Candy Shock


Światło było mimo wszystko kapryśne :/

16 maja 2013

Gram w kolory - lakiery na wiosnę, w tym nowości (:

Wiosna trwa już od jakiegoś czasu, ale moje paznokcie miały lakierowy detoks pielęgnacyjny, przez co żurawia do szuflady z lakierami zapuściłam dopiero teraz. Oto, co z moich zbiorów wybrałam na słoneczne, ciepłe dni maja:


Zgodnie z ruchem wskazówek zegara mamy: klasycznego nudziaka, trawiastą zieleń, miętę, błękit nieba, truskawkowy koktajl, słonecznego żółtka, bananowy krem, soczysty różofiolet, neonową brzoskwinkę i ciemny beż ze złotymi drobinkami.

Dzisiaj do tego kółeczka dołączyły dwa nowe gagatki - wiśniowa czerwień i łososiowy róż ze złotymi drobinkami:


Pan po prawej od razu wylądował na dłoniach, a pan po lewej na stopach. Prezentacja obejmie jednak tylko pana po prawej, bo swoich krzywych kulasów nie zamierzam fotografować, są wdzięczniejsze obiekty (; Wisienka poczeka grzecznie na swoją kolej na dłoniach.
Nowe lakiery Lovely kosztują niecałe 6zł i dostępne są w Rossmannach.

Voila, łososiowy róż króla Midasa na paznokciach:

Jedna warstwa!

Jak Wam się widzi moje kolorowe kółeczko graniaste? Po jakie kolory Wy sięgacie na wiosnę?


15 maja 2013

Bajkalski bubelek

Szał na rosyjskie kosmetyki, który rozpętał się niedawno, trochę już przycichł, a ja powoli wypluwam z siebie recenzje produktów, które w owym szale zakupiłam, a które pokazywałam tu: KLIK.

Recenzji tym razem doczekało się kremowe serum pod oczy Baikal Herbals:


Od producenta:
Kolagenowe serum pod oczy stworzone na bazie ekstraktów z roślin Bajkału. Krem intensywnie pielęgnuje skórę powiek pomagając na długo zachować jej sprężystość i młodość.
Roślinny kolagen przywraca skórze elastyczność, wygładza zmarszczki.
Niebieski len odżywia i uspokaja skórę.
Lilia daurska doskonale tonizuje skórę.
Organiczny ekstrakt z aloesu jest świetnym środkiem przeciwzapalnym, rozszerza naczynia włosowate, posiada właściwości regenerujące, nawilża suchą skórę.
Organiczny olej z szałwii poprawia proces odbudowy kolagenu w skórze, przywracając jej sprężystość.
Dzięki naturalnym aktywnym składnikom krem likwiduje drobne zmarszczki wokół oczu, wygładza skórę i przywraca jej jędrność. Spojrzenie nabiera blasku młodości. 


Opakowanie
Buteleczka o pojemności 15ml wykonana jest z solidnego, twardego plastiku i ma pompkę typu airless działającą bez zarzutu. Zatyczka trzyma mocno, nic nie otworzy się w podróży. Minus za to, że nie widać stopnia zużycia - mleczny lub przezroczysty plastik byłby lepszy. 
Na etykiecie mamy dużo napisów cyrylicą, jedyna informacja w języku polskim znajduje się na kartoniku (lub w internecie (; ). Trochę szkoda, bo kartonika zwykle szybko się pozbywamy.
Szata graficzna prosta i urocza, choć wolałabym mniej napisów. Kwestia drugorzędna, wiem, ale jestem rąbniętą estetką (;


Moja opinia
Chcąc zacząć stosować pod oczy kosmetyki bardziej treściwe i bogatsze w działaniu niż żele Flosleku, wrzuciłam to serum do wirtualnego koszyka, zachęcona jego składem (prezentowany poniżej) i opisem na stronie sklepu. Byłam bardzo ciekawa jego działania i używałam go regularnie przez jakieś 1,5 miesiąca. Czemu tak krótko? Zaraz wyjaśnię...

Krem ma lekką konsystencję i bardzo ładny, leciutki różany zapach. Stosowałam go głównie na noc, choć zdarzało mi się kłaść go również pod makijaż. Błąd, ponieważ krem robi tak:

W stanie niewchłoniętym, leciutki jak mleczko
W stanie... wchłoniętym?!
Po minucie ma się wrażenie, że krem się wchłonął, ale wystarczy potrzeć okolicę oczu, żeby otrzymać takie oto malownicze farfocle. Do dupy z czymś takim.

No dobra, mogłabym stosować go na noc, coś tam się wchłonie przecież, a resztę wytrę w poduszkę (:D) tudzież zmyję rano tonikiem... Problem w tym, że nie widzę powodu, żeby krem stosować, ponieważ zwyczajnie nie widzę tego stosowania efektów! Sprężystość skóry - nie bardzo, nawilżenie - ok, wygładzenie zmarszczek - nie zaobserwowałam. Nic też nie zrobił z moimi cieniami pod oczami - wiem, że producent tego nie obiecuje, ale i tak na to liczyłam, bo co to za młode i świeże spojrzenie znad filetowych placków?
Może jestem jeszcze za młoda na ten krem, nie wiem... Fakt jest taki, że spodziewałam się po nim więcej, a brak widocznych efektów i rolowanie się kremu zniechęcają mnie do dalszego stosowania. 
Aktualnie denkuję go z obowiązku...

Skład

źródło

11 maja 2013

Lala wreszcie trafiła do Hebe

Tym razem szybki post chwalipięcki

Wybierałam się do wrocławskiej Hebe już od dawna. Wybierałam się i wybrać się nie mogłam, bo strasznie mi ta Borowska nie po drodze... Aż do dzisiaj, kiedy postanowiłam pojechać do taniej apteki, znajdującej się w pobliżu drogerii. Przeszłam więc trzy przystanki piechotką i trafiłam do drogeryjnego raju...
Przepadłam, naprawdę... Duży wybór tak firm, jak i produktów, bardzo miła i nienachalna obsługa, korzystne promocje. Wrocławskie Natury mogłyby się wiele nauczyć. 
Teraz się cieszę, że mam tam nie po drodze, choć z drugiej strony, jak już się tam wybiorę, nie powstrzymam się przed szaleństwem ^^"

Jak zaszalałam dzisiaj?


Farbę Revlon wzięłam z ciekawości - nie spotkałam jej w innych sklepach i odcień mi się podoba, wygląda na naturalny (45 Bright Auburn). Feria Preferance L'Oreal nie wygląda za to naturalnie, ale nie mogłam się oprzeć intensywnemu odcieniowi 74 Mango, jeszcze w promocji. Teraz nie mogę się zdecydować, którą farbę najpierw położyć na włosy (;
Dwufazy Bielendy: Awokado to mój ulubiony płyn do demakijażu oczu, Bawełnę wzięłam na spróbowanie. Podobnie, jak zmywacz do paznokci Essence, który rzekomo ma pachnieć kokosem i papają. Żałuję, że nie zachowałam się jak typowy drogeryjny macant i nie powąchałam go w sklepie... Naprawdę, węch tego, kto stwierdził, że ten zmywacz pachnie kokosem i papają, musiał być uszkodzony smrodem acetonu. Szkoda.
Kupiłam też maskę do włosów Kallos Latte. Dumałam jakiś czas, czy by nie wziąć od razu litrowego słoika, ale na razie wzięłam mniejsze opakowanie na spróbowanie. Cieszę się, że ten kosmetyk jest dostępny stacjonarnie i to nie tylko w hurtowniach fryzjerskich (:
Na koniec trochę pierdółek do włosów: zapas gumek bez metalowych skuwek, elastyczna opaska i czarne wsuwki.

Jakiś produkt Was zainteresował na tyle, żeby chcieć przeczytać w najbliższym czasie jego recenzję? Jeśli tak, dajcie znać w komentarzu (:

10 maja 2013

Aktualna pielęgnacja włosów

Ostatni raz włosami chwaliłam się w grudniu, w poście podsumowującym rok udokumentowanego zapuszczania (KLIK). Od tamtej pory trochę się zmieniło, nie tylko w długości moich włosów, ale też w ich pielęgnacji. Można powiedzieć, że robię kolejne kroki w stronę włosomaniactwa, choć z mianem włosomaniaczki się nie identyfikuję zupełnie ^^"

Mycie
Przy użyciu różnych produktów, niekoniecznie do mycia włosów przeznaczonych. Są to w większości produkty dobrze znane w urodowej blogosferze, sprawdzone przez niejedną włosomaniaczkę. 
Staram się unikać SLS i innych mocnych detergentów, bo moje włosy są wystarczająco suche z natury. Raz na tydzień-dwa funduję im mocniejsze oczyszczanie Barwą. Myję włosy nie częściej niż co drugi dzień.


Płyn do higieny intymnej Facelle - szeroko rozpowszechniony, tani i wszechstronny kosmetyk. U mnie sprawdza się do mycia włosów, choć niespecjalnie lubię jego zapach i gęstą konsystencję. Nie pieni się mocno, ale wystarczająco. Używam go najczęściej.
Szampon do włosów osłabionych i zniszczonych z rumiankiem Green Pharmacy - bardzo dobry dla moich włosów szampon o przyjemnym słodko-ziołowym zapachu. Dobrze się pieni (zasługa sodium myreth sulfate, który jest trochę łagodniejszym detergentem niż sls i sles), dobrze oczyszcza włosy. Skład na kolana nie powala, ale jestem z tego szamponu zadowolona.
Balsam do kąpieli dla ciężarnych Babydream - z tym balsamem mam dziwne doświadczenia. Po pierwszym użyciu byłam nim zachwycona, włosy były miękkie, błyszczące i skręciły się we wspaniałe naturalne loki. Jednak już nigdy nie udało mi się uzyskać po nim takiego efektu, niezależenie od pozostałych stosowanych z nim kosmetyków... Teraz używam go dość rzadko, zniechęcona bezskutecznym dążeniem do przypadkowo osiągniętego, pięknego efektu pierwotnego. Dodatkowo nie lubię jego pudrowego zapachu.
Szampon żurawinowy Barwa - do mocniejszego oczyszczania raz na jakiś czas. Szampony Barwy są tanie i skuteczne. Mają lejącą się konsystencję, co w połączeniu z brakiem jakiegokolwiek dozownika równa się słabej wydajności, ale nie przeszkadza mi to w szamponie za 3zł, którego rzadko używam. Zapach tego konkretnego raczej kojarzy mi się z czerwonym jabłuszkiem niż z żurawiną, ale jest bardzo przyjemny (:

Odżywki
Odżywek lub masek używam obowiązkowo po każdym myciu. Staram się wybierać te o prostym składzie, bez silikonów, a ostatnio zaczęłam je wzbogacać różnymi substancjami nawilżającymi. 
W tej chwili mam jedną odżywkę, jedną maskę i jeden produkt "pośredni". Marzy mi się wypróbowanie odżywek od Balea i Alverde oraz słynna maska Kallos Latte...

  
Łopianowa maska wzmacniająca, Receptury babuszki Agafii - świetna maska, która nie dość, że pielęgnuje włosy i sprawia, że są miękkie, gładkie i lśniące, to jeszcze zapobiega wypadaniu wzmacniając cebulki. Ma ciekawy, roślinny zapach i bardzo przyjazny skład. Na minus: bardzo ograniczona dostępność... Używam jej raz na tydzień, zostawiając na 10-15 minut pod ręcznikiem.
Balsam z aloesem i jedwabiem Mrs. Potter's - prosta, lekka odżywka, w sam raz do wzbogacania, ale sama w sobie również skuteczna. Bardzo lubię efekt, jaki daje - gładkość jak po silikonowej bombie (:
Maska do włosów Gloria - produkt "pośredni", którego używam jako maski, trzymając na głowie 10-15 minut, lub jako 3minutowej odżywki. W obu funkcjach sprawdza się bardzo dobrze i świetnie nadaje się do wzbogacania. Znam ją i lubię już od paru lat (:
Jedwab w płynie Green Pharmacy - bardzo dobry skład sprawia, że używam go nie tylko na końcówki, ale i na długość, jako zabezpieczenie przed puszeniem. Oczywiście w niewielkich ilościach. Ma przyjemną, nieklejącą się konsystencję i zapach owocowych żelek (:
D-pantenol, kwas hialuronowy, mleczko pszczele - nawilżacze. Raz na jakiś czas kapię 5-10 kropli wybranego specyfiku do porcji odżywki bądź maski. Planuję też zrobienie mgiełek i płukanek, jak tylko dokupię sok z aloesu.

Oleje i inne
W ostatnim miesiącu bardzo zaniedbałam olejowanie i myślę, że czas najwyższy do tego wrócić, bo po pierwsze: moje włosy za tym tęsknią, a po drugie: trzeba uszczuplić zapasy ^^. Jeśli chodzi o stylizatory - pianka Isany sprawdzała się u mnie lepiej na krótszych włosach, na długie, rozprostowujące się pod własnym ciężarem, jest za słaba. Muszę nagotować nową porcję żelu lnianego (:


Krem z masłem shea i kakaowym, Isana - czasem używam go do włosów. Fajnie je nawilża i cudnie pachnie budyniem posypanym kakao... Mój słoik miał bliskie spotkanie z woskiem ze świecy, więc wygląda, jak wygląda.
Oliwka dla ciężarnych Babydream - nie moja bajka, raczej zużyję do ciała. Zauważyłam, że mieszanki służą moim włosom gorzej niż czyste, jednoskładnikowe oleje. Do tego naprawdę nie lubię pudrowego zapachu tej serii...
Olejek stymulujący wzrost Khadi - mojej babci nie odpowiadał sposób jego używania ("ja nie mam czasu chodzić z tym tyle czasu przed myciem!"), więc oddała mi go za Jantar. Część odlałam do spróbowania przyjaciółce, a sama wciąż jeszcze go dobrze nie wypróbowałam ^^" Używałam go przez jakieś dwa tygodnie, zauważyłam większy przyrost, a potem o nim zapomniałam... Teraz brałam udział w akcji miesięcznego dokarmiania włosów u Anwen, zobowiązując się do codziennego brania skrzypu, więc nie chciałam ewentualnych efektów zaburzać Khadim. Ale wreszcie przyszła na niego pora! Za miesiąc zdam relację popartą odrostem (:
Olej kokosowy - ten olej daje na moich włosach najlepsze efekty: są po nim miękkie, nawilżone i niesamowicie błyszczące. Gdyby nie to, że muszę go podgrzewać przed aplikacją, stosowałabym go częściej. Szklana butelka to nie jest dobre mieszkanie dla olei w stanie stałym...
Olej z pestek śliwki - cudnie pachnący olej, który czasem wcieram w końcówki włosów i skórki paznokci. Szkoda mi go trochę na całą długość.
Olej ze słodkich migdałów - drugi, po kokosowym, olejowy ulubieniec. Efekt jest podobny, a konsystencja szybsza w obsłudze (;
Olej makadamia, olej jojoba - dają radę, ale wolę ich używać do twarzy niż do włosów.
Pianka do loków Isana - jak pisałam wyżej, przestała się sprawdzać. Wolę żel lniany, choć też jest z nim trochę zabawy.
Tabletki skrzypu Vitalsss - tabletki z biedronkowej gazetki urodowej, które można było nabyć w zawrotnej cenie 10zł wraz z orgazmicznym masażerem do łba. Najlepszy zakup ever. Oboje łykamy skrzyp, Rycerz i ja, i oboje mamy pałąki, po jednym na mieszkanie, aby w każdej chwili być gotowym do zrobienia sobie nawzajem dobrze w głowę.

A co na to moje włosy?


Rosną sobie spokojnie. Ostatnio przycięte i zafarbowane u fryzjera pod koniec marca (czas już położyć nową farbę, półtoramiesięczny odrost rzuca się w oczy). Mogłyby być bardziej błyszczące i mniej puszące się na co dzień, ale mam nadzieję, że to załatwi mi powrót do olejowania. I niech sobie rosną spokojnie dalej (:

9 maja 2013

Makijaż na latanie po lekarzach

W sumie niekoniecznie na latanie po lekarzach, akurat u mnie tak się złożyło. W każdym razie makijaż wyszedł świeży i choć nie bardzo kolorowy, wydał mi się przyjemnie wiosenny i warty sfotografowania (:


Szpachla jest najprostsza z możliwych: rozświetlający cień (Sleek Au Naturel), kreska eyelinerem (Wibo), róż (Essence Vintage District) i koralowa pomadka (Essence Vintage District). Ta ostatnia zostanie najpewniej moim ulubieńcem na najbliższe miesiące (:


Simply, róż ze złotkiem był absolutnie nienadający się do nałożenia na twarz, więc na policzku występuje w wersji już startej (;

A na koniec ostatnio ulubiona fryzura - kłosek z boku głowy. Zmieniam tylko przybrania (: