28 sierpnia 2013

TAG: Dobre, bo polskie!

Dawno, dawno temu zostałam wytypowana przez Czerwonowłosą do realizacji tagu DOBRE BO POLSKIE. Jak wskazuje nazwa, należy wybrać 5 dobrych, sprawdzonych, polskich kosmetyków. Swoimi typami Ameryki raczej nie odkryję, ale tak to jest, że zazwyczaj co sprawdza się u większości, działa też u mnie (:

Jedziemy:
1. Tonik ogórkowy, Ziaja
źródło
 Mój absolutnie ulubiony drogeryjny tonik, idealny do mojej cery. Nie zawiera wysuszającego alkoholu, ekstrakt z ogórka jest na 3. miejscu w składzie, a zaraz za nim pantenol. Odświeża i lekko oczyszcza moją skórę, a także delikatnie matowi. A to wszystko za jakieś 6zł (:
Wiem też, że pozostałe toniki Ziaji mają bardzo dobrą opinię (:

2. Żele pod oczy, Flos Lek
źródło

Wypróbowałam kilka wariantów tego żelu i z każdego byłam bardzo zadowolona. Jest świetny jako wczesna pielęgnacja skóry pod oczami i produkt uzupełniający pielęgnację treściwszą, a także na zmęczone siedzeniem przed komputerem oczy. Chłodzi, koi, a regularnie używany zmniejsza cienie pod oczami. Cena jest więcej niż przystępna. Bardzo podoba mi się też to, że jest dostępny w dwóch wariantach opakowania: słoiczek lub tubka z dziubkiem (:

3. Płyn dwufazowy Awokado, Bielenda

źródło
Produkt kontrowersyjny, jedni go uwielbiają (sama kupiłam go z polecenia), inni nie znoszą. Ja uwielbiam, bo doskonale zmywa makijaż oczu, nie podrażnia i nie zostawia uciążliwej tłustej warstwy (choć niektórym taka nieuciążliwa też przeszkadza). Ostatnio nabrałam do niego dystansu, bo przeczytałam, że zawiera rakotwórczy niebieski barwnik w zielonej fazie olejowej... Nie zmienia to jednak faktu, że jest to najlepszy produkt do demakijażu oczu, jakiego używałam.

4. Maska do włosów Gloria, Pollena Malwa

źródło
Świetna i tania maseczka do włosów. Na moich włosach doskonale sprawdza się solo, ale często ją wzbogacam jakimś nawilżającym bonusem. Jedyną wadą jest jej słaba dostępność.

5. Tusz do rzęs Curling Pump Up, Lovely

źródło
Tu pozwolę sobie na małą demonstrację:


Czy potrzebny jest komentarz? (:
Dodam tylko, że taki efekt dostajemy za mniej niż 10zł, a tusz jest trwały i nie kruszy się w ciągu dnia. Chyba zdetronizuje Maybelline Volum'Express jako mojego ulubieńca (;



Tak przedstawia się moja piątka polskich kosmetyków. Przy okazji złożyło się, że są to również produkty tanie, a dobra cena i jakość, to coś, co tygryski lubią najbardziej ^^

27 sierpnia 2013

Allwaves 9.44 Carota

Uwaga, uwaga, na blogu moje pierwsze podejście do farby profesjonalnej! (:
Po pozytywnych opiniach na blogu Czerwonowłosej i jej osobistym poleceniu (Aniu, dziękuję za zachęcenie mnie do spróbowania!*: ), zdecydowałam się na farbę Allwaves, którą kupiłam na allegro (za ok. 12zł/szt, utleniacz ok. 10zł/szt.). Początkowo obawiałam się kombinacji z utleniaczem i ogólnie byłam nieco zagubiona w temacie, ale przełamałam się i postanowiłam spróbować.

Wybrałam dwa odcienie rudości: 9.44 Carrot i F444 Ultra Copper. Przy wyborze kierowałam się raczej znalezionymi w internecie zdjęciami zafarbowanych włosów, niż wzornikiem firmy, bo wydaje mi się, że kolory na wzorniku są bardzo przekłamane... Na pierwszy ogień poszła marchewka, czyli odcień 9.44, który na wzorniku wyglądał tak:

źródło
Na tym wzorniku wygląda znacznie lepiej:

źródło

Ja przed farbowaniem wyglądałam tak:


Na głowie mam odrost i pozostałości farby Revlon (45 Bright Auburn) oraz dwukrotnego odświeżania koloru szamponetką Marion (Tycjan). Kolor był dość "nieżywy", matowy i smętny. Włosy nabierały rudości jedynie w słońcu.

Obsługa farby profesjonalnej nie była tak trudna, jak się obawiałam. Do pierwszego farbowania użyłam utleniacza 9%, do następnych zamierzam stosować już 6%. Farbę miesza się z utleniaczem w proporcji 1:1,5. Nie mając doświadczenia, rozmieszałam całość zawartości tubki (100ml) z 150ml utleniacza. Mełtać to trzeba było dość długo, żeby konsystencja i kolor były jednolite. Wyszło mi trochę za dużo mieszanki, ale kiedy moje gęste włosy jeszcze trochę urosną, będzie w sam raz.


Utleniająca się mieszanka nabrała okropnego, zgniłozielonego koloru, który z każdą chwilą ciemniał, tak że na koniec rękawiczki wyglądały jakbym nie farbowała włosów, a czyściła szambo :D Przez chwilę bałam się, że skończę jak Ania z Zielonego Wzgórza, ale na szczęście na włosach farba zaczęła intensywnie rudzieć (:

Mieszankę nakładało się bardzo łatwo, dzięki dość gęstej (ale nie tępej!) konsystencji. Nie spływała z włosów, a ślady na czole i uszach dało się łatwo zmyć wodą / zetrzeć papierowym ręcznikiem. Nie ubrudziła mi też skalpu, wszystko ładnie się zmyło. Farbę nałożyłam na 25 minut na odrosty i 15 minut na długość. Teraz widzę, że trzeba było nałożyć od razu na całość i trzymać 40 minut, bo odrosty mam dużo bardziej rude niż resztę :/ 
Farba spłukiwała się bezproblemowo i dość szybko. Po spłukaniu umyłam włosy szamponem Timotei Organic Delight bez SLSów i nałożyłam maskę Bingo Spa z glinką Ghassoul, a na koniec odżywkę bez spłukiwania Joanna Naturia.

Efekt:


Poniżej widać różnicę w kolorze odrostów i długości. Na szczęście nie jest bardzo widoczna, jeśli nie przyłożę końcówek do przedziałka (;


Włosy trzymają się bardzo dobrze, nie są wysuszone pomimo użycia ulteniacza 9%. Mało tego, są miękkie i sypkie. Kolor, jaki wyszedł mi na odrostach jest już prawie idealnym rudym, jaki chciałabym mieć na głowie. Ogólnie rzecz biorąc na razie widzę w farbie Allwaves same plusy i mam nadzieję, że tak pozostanie (:

26 sierpnia 2013

Naustne lato, czyli co latem nosiłam najchętniej

Choć nie chce się o tym jeszcze myśleć, choć podświadomie odsuwa się tę chwilę na jak najpóźniej, lato zmierza ku końcowi. Lubię taki koniec lata, kiedy wieczorami jest już chłodniej, można się opatulić albo przytulić, pić herbatkę i uruchomić kominek zapachowy. Miło też wrócić myślami do tego upalnego lata i jego kolorów.
Dzisiaj garść minirecenzji kilku produktów do ust, po które najchętniej sięgałam w ostatnich miesiącach (:

Maybelline Color Whisper
Początkowo, gdy pojawiły się na rynku, te pomadki nie wzbudzały we mnie entuzjazmu. Aż do pierwszych swatchy w polskiej blogosferze i do wymacania testera. Najpierw trafiła do mnie pomarańczowa 440 Orange Attitude, potem dołączyła 720 Mocha Muse. Polubiłam się z nimi, choć nie są idealne.


Pomadki nie wysuszają ust, ale i ich nie pielęgnują. Dają bardzo ładny, półtransparentny efekt i subtelny połysk. Dzięki temu nawet intensywne kolory, jak fuksja czy mój pomarańcz, nadają się na co dzień (: Nakładają się bardzo przyjemnie, ale niestety dość szybko znikają z ust.

440 Orange Attitude
Sama nie wiem, czy pomarańcz mi pasuje, czy nie... Czasem mi się podoba, czasem pomaluję nim usta i zaraz zmywam. Love-hate (: Lubi włazić w załamania, ale widać to tylko z bliska.

720 Mocha Muse
Bardzo twarzowy nude! W palecie kolorów jest jeszcze jaśniejszy nudziak, ale chyba wyglądałabym w nim jak truposz. W Mocha Muse wyglądam świetnie! Zdecydowanie jest na drugim miejscu pod względem częstotliwości używania tego lata ^^

Astor Soft Sensation Lipcolor Butter
Zdecydowany hit lata! Najlepszy my lips but better, jaki miałam okazję nosić na ustach. Sztyft jest dość twardy, ale pomadka nakłada się bajecznie prosto, sunie po wargach jak masełko. Pomadka ma też nawilżać usta jak balsam i szczerze powiem, że pielęgnuje całkiem nieźle! Wiadomo, że nie wyprowadzi na prostą ust w złym stanie, ale jest dobrym przedłużeniem pielęgnacji. Opakowanie w formie wykręcanej "kredki" ma tylko jedną wadę - napisy ścierają się od samego patrzenia na nie :/

008 Hug Me
008 Hug Me
Odcień jest bardzo naturalny, połysk delikatny, a zawarte w pomadce złote drobinki nie rzucają się w oczy, tylko dodają całości uroku. Są też niewyczuwalne na ustach. Ja jestem zachwycona tą pomadką i tym odcieniem. Gdy mi się skończy (co może nastąpić całkiem szybko, przy tak częstym używaniu (; ), na pewno kupię taką samą (:

Maybelline ColorSensational Shine Gloss
Błyszczyk z bardzo lubianej przeze mnie serii (TUTAJ inny odcień). Skusiłam się na Glorious Grapefruit podczas majowej wielkiej promocji w Rosmannie i to jeden z najładniejszych błyszczyków, jakie mam (:

420 Glorious Grapefruit
Na ustach wygląda cudnie, jest to moje ulubione mazidło z gamy pomarańczowych odcieni (: Soczysty kolor i gładka tafla połysku czyni z niego idealny produkt na wiosnę i lato. Trwałość bardzo przyzwoita, jak na błyszczyk.

420 Glorious Grapefruit

Rouge Baiser, Rouge Intensément Mat
Czyli nabytek paryski. Cudo, cudo, cudo. Podoba mi się w niej wszystko, od kartonika, przez futurystyczne opakowanie, po niesamowicie piękny kolor i matowe wykończenie.

605
Lecimy w kosmos
Mat jest naprawdę matowy, nie ma tu ani grama połysku. Taka formuła ma zalety, ale i wady, a główną jest wysuszanie ust, dlatego tej fantastycznej pomadki nie używam na co dzień. Drugą wadą jest bardzo tępa konsystencja, która praktycznie wymusza użycie pędzelka do nakładania na usta. 

605
Odcień określiłabym jako ciepły róż, trochę ciemniejszy niż na zdjęciu. Gdy na nią patrzę, na myśl przychodzi mi hibiskus (: Uwielbiam go! Pomadka jest bardzo trwała, przeżywa jedzenie w prawie nienaruszonym, a przynajmniej nie wymagającym poprawek stanie. 


Tak wygląda lato na moich ustach. Jakie jest u Was? (:

22 sierpnia 2013

7 grzechów urodowych - PODSUMOWANIE

W maju, zainspirowana wpisem na jednym z blogów, spojrzałam krytycznie na pielęgnację mojego ciała i działania, jakie podejmuję, żeby utrzymać skórę i włosy w jak najlepszej formie. Podjęłam się realizacji 7 postanowień, dzięki którym chciałam ocenić, czy moje ciało faktycznie potrzebuje jakichś specjalnych zabiegów pielęgnacyjnych, czy może niewiele na nich zyskam, a jedynie stracę czas (:

Podsumowanie akcji planowałam zamieścić po dwóch miesiącach stosowania się do postanowień, jednak plany planami, a życie życiem i podsumowanie pojawia się teraz, wraz z oceną ewentualnych efektów długofalowych. Ciekawych, jak mi poszło, zapraszam do lektury (ostrzegam, dużo tekstu)!

1. Zbyt rzadko nakładam maseczki
Obietnica poprawy:   maseczka dwa razy w tygodniu, najlepiej w każdy poniedziałek i czwartek.

Nie udało mi się tego robić tak regularnie, jak zakładałam, ale niewątpliwie częstotliwość maseczkowania wzrosła (: Używałam:
- glinki zielonej i/lub spiruliny ZSK z hydrolatem lawendowym i kilkoma kroplami olejku z pestek brzoskwiń
- maseczek w saszetkach, głównie Dermiki (Perfekcja, Oczyszczanie, Oczarowanie, Alabaster)
Moja cera to lubi.

Teraz do tego grona dołączyła glinka Ghassoul, której efekty na mojej cerze są nieporównywanie lepsze od działania glinki zielonej i spiruliny razem wziętych... (: Tak oczyszczonej i gładkiej buzi nie miałam jeszcze po żadnej maseczce!

2. Brak systematyczności w stosowaniu kosmetyków do ciała
Obietnica poprawy:   codzienne smarowanie po wieczornym prysznicu + ban na kupowanie nowości, dopóki nie zużyję tego, co mam (;

W tym punkcie miałam największe problemy z motywacją, przez pewien czas jednak udało mi się smarować regularnie. Nakładałam kremy antycellulitowy i do biustu Eveline i jakiś nawilżacz na resztę ciała. Zauważyłam różnicę jedynie na udach i pośladkach, które krem Eveline (oraz ćwiczenia) faktycznie wygładzał i ujędrniał. Na pozostałych partiach ciała regularne smarowanie nie zrobiło większego wrażenia... Skórę mam jaką miałam.

Stan ten utrzymuje się nadal, mimo niesmarowania się niczym od lipca. Sporadycznie wcieram masło w łydki po depilacji. Moja skóra ewidentnie nie potrzebuje balsamów...

3. Brak systematyczności w oczyszczaniu i pielęgnacji twarzy
Obietnica poprawy:   plan pielęgnacyjny na każdy dzień: rano przetarcie twarzy tonikiem / hydrolatem, potem krem matujący Baikal Herbals, wieczorem demakijaż, oczyszczanie czarnym mydłem, solidny krem na noc (lub olej) i pod oczy. Raz w tygodniu peeling mechaniczny, dwa razy maseczka (patrz punkt 1.)

Ten punkt najłatwiej i najprzyjemniej było mi realizować ^^ Bardzo polubiłam dbanie o moją buzię. 
Plan pielęgnacyjny uległ częściowo zmianie, ponieważ krem matujący Baikal Herbals, który miałam stosować rano, nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Coś nie mam szczęścia do tych rosyjskich cudów! Gdy pogoda się usłoneczniła zastąpiły go zresztą filtry, a czasem  krem brązujący Ziaji albo BB od Lirene. Pielęgnacja wieczorna udała się utrzymać w założeniach. Najbardziej cieszę się z systematycznego, dwumiesięcznego używania na noc oleju Khadi do cery mieszanej. Podejrzewam, że to on (w połączeniu z czarnym mydłem) stoi za oczyszczeniem mojej cery i regulacją wydzielania sebum. Chcecie osobną recenzję olejku Khadi z różowym lotosem? 
Najpierw, po jakiś 3 tygodniach stosowania, zaczął się wysyp przykrości - drobne czerwone krostki, niewielkie niedoskonałości. Zacisnęłam zęby i czyściłam i smarowałam buzię dalej, a już po 10 dniach stan cery zaczął się poprawiać. Uzyskałam ładną, jednolitą i nawilżoną cerę, niedoskonałości są rzadkością, a pory przy nosie i na policzkach są niewidoczne (: Czekałam tylko aż znikną również rozszerzone pory między brwiami, ale chyba będę musiała się z nimi pogodzić... Może to w ogóle nie są pory, a takie małe blizenki?
Dodatkowo włączyłam do pielęgnacji tonik przeciw zaskórnikom (olejek pichtowy i nafta kosmetyczna w proporcji 1:4), ale używałam go tylko kilka dni, więc jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że nie znoszę jego zapachu...

Obecnie staram się stosować do siedmiu kroków layeringu, które przybliżę Wam w najbliższym czasie (: Widzę niesamowitą poprawę cery, a pory przy nosie to tylko przykre wspomnienie (:

4. Obgryzanie skórek paznokci
Obietnica poprawy:   wcierać olejek i... powstrzymywać się :/
Używałam: 
- olejek z pestek śliwek
- olej kokosowy
- olejek regenerujący i nawilżający Golden Rose

Pomimo regularnego wcierania olejków, skórki po bokach moich paznokci są nadal twarde i kuszące do skubania, jednak powstrzymywanie się nie jest dla mnie trudne (: Dodatkowo zaopatrzyłam się w preparat do zmiękczania i odsuwania skórek u nasady paznokcia. Mój manicure zdecydowanie na tym zyskał (:

Obecnie, korzystając z tego, że nie chce mi się malować paznokci, zaczęłam stosować samodzielnie przygotowaną mieszankę rybek GAL z keratyną, oleju z pestek śliwek i orzechów makadamia. Mam nadzieję, że będzie lepiej.

5. Stopy traktowane po macoszemu
Obietnica poprawy:   zakup kosmetyków stricte do stóp (peeling, sól zmiękczająca albo coś podobnego, krem, porządna tarka) i używanie ich. Nic tak nie motywuje, jak chęć wypróbowania nowych kosmetyków ^^"

Do tego postanowienia zabrałam się z dużym entuzjazmem. Zbyt dużym. Raz w tygodniu urządzałam sobie foot spa - ścieranie pięt, peeling i krem z mocznikiem. Stópki miałam prześliczne i gładkie, jak ze zdjęcia, ale raz w tygodniu okazało się zbyt częste... Gdy zrobiło się cieplej i wskoczyłam w sandały i koturny, a musiałam trochę pochodzić - ból, otarcia, pęcherze. Wszędzie, na całych stopach, nawet na podeszwie! Zdecydowanie redukuję częstotliwość ścierania naskórka. W tym przypadku sprawdziło się powiedzenie, że co za dużo, to niezdrowo. Gładkie nóżki jak z reklamy nie są warte pęcherzy przy pierwszym dłuższym wyjściu.

Dopiero teraz wyleczyłam stopy z pęcherzy... Obecnie zostawienie ich w spokoju wydaje się najlepszym pomysłem, zwłaszcza że od jakiegoś czasu chodzę na jogę i lekko zgrubiały naskórek pozwala mi nie ślizgać się na macie (:

6. Używanie podkładu przy każdym makijażu
Obietnica poprawy:   stosować się do wyznaczonych w punktach 1. i 3. postanowień i obserwować poprawę cery :D Ograniczać kryjące podkłady i przy "mniejszych wyjściach" poprzestawać na korektorze i pudrze.

Tu był problem... Najczęściej nie malowałam się wcale, bo siedziałam w domu, ale gdy już siadałam przed lusterkiem, to zawsze gdzieś na twarzy dostrzegłam coś, co mi przeszkadzało i "wymagało wyrównania. W ruch szedł więc Healthy Mix. O tyle dobrze, że później zastąpiłam go lżejszym kremem BB Lirene.

Ostatnio jednak, z lenistwa chyba i dzięki poprawie stanu cery, używam tylko pudru. Ale ostatnio właściwie prawie w ogóle się nie maluję... Nie chce mi się ^^" Za makijaż wystarcza mi słynny świetny tusz Lovely i jakaś lekka pomadka. No, czasem róż. Ciekawe czy make-up mania mi wróci.

7. Brak konsekwencji w olejowaniu włosów
Obietnica poprawy:   olejek Khadi wcierany w skalp co najmniej dwie godziny przed każdym myciem włosów, olejowanie długości dwa razy w tygodniu.

Tu właściwie dałam radę całkiem nieźle (: Khadi prawie wykończyłam, ale powtórki nie planuję, choć zadziałał, jak powinien - mam teraz mnóstwo baby hair, puszących mi się aureolą wokół głowy. Brak mi jednak czasu, żeby wykrawać dwie godziny przed każdym myciem na łażenie z tłustym skalpem.
Olejowanie długości nie było tak uciążliwe i dało niezłe efekty. Dzięki olejom: kokosowemu, makadamia i ze słodkich migdałów, czupryna była błyszcząca, miękka i sprężysta.

Niestety, mocno okulałam z systematycznością w lipcu i sierpniu, w związku z czym moje włosy mocno się podniszczyły. Kupiłam im już olej arganowy i kokosowy, które najbardziej lubią i planuję wyprawę do fryzjera. I tak się wybierałam, bo zbliża się ustanowiony przeze mnie samą termin podcinania końcówek co pół roku (; Myślę nad zrobieniem sobie ukośnej grzywki...


Podsumowując całą akcję, mogę stwierdzić, że w moim przypadku przyłożenie się do pielęgnacji miało sens tylko w przypadku twarzy. Tylko tu widzę wyraźną poprawę stanu, motywującą mnie do kontynuowania i ulepszania rytuałów pielęgnacyjnych. Przy pozostałych częściach ciała mogę jeszcze spokojnie zostać przy opcji minimum (:

19 sierpnia 2013

Bo okazje należy chwytać

Okazją tym razem był sobotni, jednodniowy wypad do Pragi zaproponowany przez kuzyna. Trochę smutne, że moim skojarzeniem było: "Czechy? DM!", ale na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że Pragę zwiedziłam porządnie w liceum (:

Niniejszym bardzo gorąco dziękuję za cierpliwość Rycerzowi i mojemu kuzynowi, którzy pokornie czekali na zewnątrz drogerii, kiedy ja i mama w niej buszowałyśmy...
A co wpadło do koszyka? Ano całkiem sporo, bo nie wiem, kiedy znów nadarzy mi się taka okazja. Wzięłam więc (prawie) wszystko, czego chciałam spróbować (:


Balea: 
- szampony i odżywki kokos i kwiat tiare oraz mango i aloes, 
- odżywka do zniszczonych włosów Oil Repair, 
- balsam do ciała z drobinkami Summer Glam,
- maseczki z papają i truskawkami,
- kremy do rąk Beautiful Berries (dla mnie) i Q10 + Omega (dla mamy)

Alverde: 
- maska do rąk (dla mamy),
- odżywka morela i cytryna,
- serum witaminowe pod oczy z jagodami goji,
- pomadka pielęgnacyjna mandarynka i wanilia

Wszystkie kosmetyki (poza maminymi) zostały na razie spakowane w reklamówkę i zamknięte w skrzyni do czasu, aż wykończę ich obecne odpowiedniki (;

Dodatkowo, chciałabym przedstawić Wam Aferę (:

Drodzy państwo, oto Afera.

16 sierpnia 2013

Paryskie snucie

O czym myślę, gdy myślę o Paryżu? 

Na szczęście już nie o wieży Eiffla, Luwrze, Wersalu i Montmartrze. Paryż kojarzy mi się teraz ze snuciem się. Chodzeniem na piechotę wszędzie, gdzie się tylko da dojść, wśród pięknych kamienic Haussmanna. Jednorodność ich architektury łamią detale - kute balustrady balkonów, rytm okien, zdobienia elewacji. O haussmannowskiej przebudowie Paryża chciałabym w ogóle napisać pracę magisterską, o ile zasobność biblioteki i wiedza moich wykładowców na to pozwoli...

W czasie takiego snucia się nie da się nie trafić na zabytek. Zabytki czyhają w Paryżu za każdym rogiem. A to zupełnie nieznany z przewodników gotycki kościół, a to małe muzeum lub wyjątkowo piękny budynek. Tym razem odkryłam wieżę z początku XV wieku, jedyną pozostałość po paryskiej rezydencji Burgundów, wybudowaną przez niejakiego Jana bez Trwogi (:
Dodatkowo, na paryskich ulicach niemal na każdym rogu czai się sztuka:


Na takie prawdziwe snucie się można się wybrać nad Sekwanę, gdzie latem, na prawym nabrzeżu, rozkłada się plaża. Prawie pusta jeszcze około 9:30, później zapełnia się ludźmi.


Na plaży, oprócz leżaków i parasoli można znaleźć boiska do gry w petanque (czyli bule), parkiet...


... oraz spryskiwacze plujące delikatną orzeźwiającą mgiełką.


Snucie się nad Sekwaną można zakończyć tak:


Snucie się wymaga czasem wspomagania... Nogi niestety podnosiły lekki bunt po codziennych 10 godzinach chodzenia na piechotę i czasem trzeba było je otulić plasterkiem...


Oczywiście było też snucie się połączone ze zwiedzaniem, bardzo intensywnym. Nasz hotelik, znaleziony i zarezerwowany przez booking.com mieścił się w samym centrum, tuż przy Luwrze, więc do większości zabytków i muzeów miałyśmy z mamą rzut kamieniem. Skwapliwie to wykorzystywałyśmy. Z informacji, które warto znać: 
- do większości muzeów i obiektów zabytkowych wstęp jest darmowy dla osób poniżej 18 roku życia, lub dla obywateli UE poniżej 26 roku życia (ja się jeszcze załapałam)
- istnieje coś takiego jak karta Museum Pass, z której naprawdę warto skorzystać, jeśli zamierza się dużo zwiedzać. Karta zapewnia swobodny i wielokrotny wstęp do większości muzeów i zabytków Paryża. Oszczędza się w ten sposób nie tylko pieniądze, ale i czas, bo kolejki do kas biletowych są gdzieniegdzie horrendalne. Do wyboru jest opcja dwu-, cztero- lub sześciodniowa.
W obu opcjach omijamy kolejkę, bo nie musimy kupować biletu (:


Przerwa w zwiedzaniu

Leżeć sobie na trawniku na Polach Marsowych i mieć nad głową taki widoczek... Cudowne wspomnienie (: 
No i oczywiście, Paryż jako miasto zakochanych ma swój most z kłódkami. Nawet niejeden, ale chyba ten był tym właściwym:


Urzekł mnie jakoś ten napis na stopniach do kościoła. Skojarzył mi się z Before Sunrise. Szkoda, że autorzy nie pokusili się o datę (:

Snucie się po jednym z moich ulubionych miast dodało mi energii. Mam nadzieję, że ten stan się utrzyma, bo czeka mnie niedługo sporo wyzwań. A zaczynam od przygarnięcia kota. Już w niedzielę (:


Pozdrawiam wszystkich, którzy tak jak ja uwielbiają snucie się zamiast kieratu zorganizowanej wycieczki.

14 sierpnia 2013

Po Paryżu

Wróciłam. 
Już w poniedziałek o 5 rano, jeśli chcieć być dokładnym, ale do teraz nie miałam siły ani weny, żeby się odezwać. Nic nie trwa jednak wiecznie, spokój święty również, toteż się odzywam. Może nawet będę Was zamęczać, ale wiadomo jak to u mnie z tym zamęczaniem jest... Obiecuję, obiecuję, a potem wychodzi po mojemu. Czyli umiarkowanie.

Paryż, jak to Paryż. Lekko brudny, lekko śmierdzący, ale PIĘKNY.
Dzisiaj właściwie tylko krótka relacja haulowa, ale dajcie znać, czy chcielibyście poczytać o snuciu się po Paryżu. Mam ładne zdjęcia (;

Przed wyjazdem rzuciłam okiem w internet, czy warto na coś kosmetycznego szczególnie polować we Francji. Dowiedziałam się, że średnio, bo ceny są wyższe niż u nas... Jedyne, co opłacałoby się tam kupować, to dermokosmetyki produkcji francuskiej (Vichy, La Roche-Posay itp.), ewentualnie warto zwrócić uwagę na perfumy i marki u nas niedostępne (np. Lush, ale nie trafiłam). Coś udało mi się jednak kupić:


Woda termalna La Roche-Posay - oszałamiająca pucha o pojemności 300ml za niecałe 6 euro. Dobry zakup, bo moja kupiona na promocji w Superpharmie, o połowę mniejsza woda Avene już się kończy (:

Matowa pomadka Rouge Baiser - marka dostępna tylko we Francji. Nie miałam pojęcia o jej istnieniu, dopóki nie zobaczyłam jej w paryskim sklepie. Po powrocie poczytałam o niej trochę w necie i dowiedziałam się, że należy do koncernu Deborah Group. Brzmi już bardziej znajomo, prawda? (: W każdym razie, kiedy zainteresowałam się pomadkami, pani ekspedientka zainteresowała się mną. Uległam wizji bardzo trwałej, matowej szminki, jaką pani przede mną roztaczała, a także blogerskiej chęci wypróbowania nowości i wzięłam. Kosztowała ok. 14 euro.

Olejek kameliowy Melvita - kupiłam ją w supermarkecie bio. Tak. Mają tam takie sklepy... Ekologiczna żywność, świeże pieczywo i owoce oraz naturalne kosmetyki! Jak ja bym chciała mieć takie markety u nas... Zakup olejku to koszt 12 euro, a zainspirowany został wcześniejszym nabytkiem:


Książkę o layeringu, czyli pielęgnacji cery "warstwami" sposobami Japonek, dostrzegłam w eko sklepie z gadżetami. Przekartkowałam i zainteresowała mnie na tyle, że kupiłam i przeczytałam połowę w ten sam wieczór (; Książka wspomina o bardzo cenionym przez Japonki olejku kameliowym, którego nie widziałam nigdy w sprzedaży internetowej (a tym bardziej stacjonarnej) w Polsce, więc, gdy dostrzegłam go na półce w ekomarkecie, nie wahałam się nawet przez chwilę (:

Layering zainspirował mnie też do kolejnych zakupów, już w Polsce:


Olejek arganowy, woda różana, olej kokosowy, glinka ghassoul (kocham!) oraz dwa mydła Alepp - jedno zwykłe (bardziej dla atopowego Rycerza), a drugie z dodatkiem oleju z czarnuszki (bardziej dla mnie). W prezencie dostałam sporą próbkę savon noir. Nigdy go za dużo (:

Początkowo chciałam złożyć zamówienie na helfach, ale asortyment mają aktualnie bardzo przetrzebiony... Nie było ponad połowy rzeczy, które chciałam kupić. Poszukałam więc innego sklepu i tak trafiłam na Twoją Mydlarnię. Chyba zostanę tu na dłużej (: Wybór duży, tak kosmetyków orientalnych, jak i rosyjskich, a obsługa sprawna i bardzo, bardzo miła. W poniedziałek rano zamówiłam produkty, a we wtorek dostałam informację o ich wysłaniu paczką priorytetową (choć wybrałam opcję ekonomicznej i za nią zapłaciłam), bo właścicielka obawiała się, że przez długi weekend paczka będzie zbyt długo leżeć na poczcie (: Tak więc dzisiaj kosmetyki do mnie dotarły, zapakowane tak porządnie w karton, styropian i folię bąbelkową, że dostanie się do produktów zajęło mi ładnych parę minut ^^
Polecam więc zakupy w Twojej Mydlarni (:


Jestem wciąż trochę z głową w chmurach, nad dachami Paryża, a stopami w Sekwanie. Trzeba jednak wrócić do rzeczywistości, bo czeka mnie obrona (9.09) i szukanie pracy (jak najszybciej...). Trudno. Jak pisałam na początku, nic nie trwa wiecznie.