16 czerwca 2014

Kobieta zmienną jest, czyli nie ma "nigdy"

Kiedyś myślałam, że pomarańcz to kolor, który NIGDY nie zagości w moim makijażu. Tymczasem, chyłkiem, za pośrednictwem złamanych korali, wkradł się w końcu na moje usta. I to od razu z pełną mocą soczystego koloru! 
Przekonałam się, że bardzo mi taki pomarańcz pasuje, czuję się w nim lepiej niż w różach i nawet mimo swojej jaskrawości, nadaje się na co dzień lepiej niż czerwienie (:

Tak więc dzisiaj trzy pomadki, które w tym sezonie wylądowały w mojej kosmetycznej szufladzie i na zmianę panoszą się na moich ustach (:


Golden Rose z serii matowej, nr 06 - najbardziej pomarańczowy, mocno matowy odcień.
Rimmel Moisture Renew, nr 660 In love with Ginger - pomarańcz z kroplą czerwieni i lśniące wykończenie.
Bourjois Rouge Edition Velvet, nr 04 Peach Club - złamany, przybrudzony ale wciąż intensywny, matowy pomarańcz.

Golden Rose Velvet Matte, nr 06


Matowa seria pomadek Golden Rose już dawno zdobyła szturmem kosmetyczki. Tylko ja się jakoś uchowałam (: Oglądałam w sklepie internetowym i podziwiałam na blogach, ale kupiłam w sumie przy okazji, dopiero gdy zagnało mnie na wyspę GR w poszukiwaniu konturówki do rimmelowego gagatka opisanego poniżej. Jak już odwiedziłam ten przybytek rozpusty, stwierdziłam, że rzucę okiem na słynne Velvety i... przy 06 moja mania pomarańczu uległa pogłębieniu.

Odcień jest intensywny, ale dzięki matowemu wykończeniu wygląda świetnie i nadaje się nawet na co dzień. Pomadka leciutko słodko pachnie, rozprowadza się bezproblemowo, nie jest tępa jak niektóre matowe szminki. Trwałość na ustach jest ok, zupełnie normalna. "Zjada się" równomiernie. Przyczepię się do opakowania - zatyczka bez "klika" może się łatwo otworzyć w torebce. Mnie się jeszcze nie zdarzyło, ale ryzyko jest :/



Rimmel Moisture Renew, nr 660 In love with Ginger


Zaczęło się od Panny Joanny i jej prezentacji tego odcienia, po której zapałałam dziką chęcią posiadania. Po obejrzeniu testera w drogerii zrezygnowałam z zakupu, bo "przecież taki jaskrawy kolor nie będzie mi pasował...". Tak chodziłam wokół słodkiej Ginger dłuższy czas, aż w końcu kupiłam, korzystając z 49% promocji w Rossmanie.

Pomadka pachnie słodko, ale kosmetycznie: niezbyt przyjemnie, ale do przeżycia. Na ustach zostawia bardzo intensywny, lśniący kolor. Przez swoją lekką, "śliską" konsystencję niestety rozlewa się poza kontur ust, włażąc w drobne bruzdy i załamania :/ Konturówka jest więc niezbędna, ale trudno znaleźć taki odcień pomarańczowej czerwieni... Ja w końcu zdecydowałam się na Golden Rose Emily, nr 216, która jest czysto pomarańczowa, ale wygląda w duecie z Rimmelem lepiej niż czerwień. Pomadka nie wżera się w usta, łatwo ją rozmazać, ale bez wpadek znika z ust równomiernie.



Bourjois Rouge Edition Velvet, nr 04 Peach Club


O tej serii pomadek Bourjois zrobiło się głośno podczas tygodnia promocji produktów do ust w Rossmannie. Wtedy mnie nie kusiły, bardzo długo potem również nie, aż do pewnej wizyty w drogerii, kiedy postanowiłam sobie obejrzeć z bliska te matowe odcienie. Przy 04 przepadłam. (Właściwie to przepadłam też przy takiej ładnej brązowej czerwieni, ale ją zostawię sobie na jesień. Może do jesieni o niej zapomnę i portfel będzie uratowany?). Poprosiłam ekspedientkę o nowy egzemplarz z szuflady (bo jedyna czwórka w szafie, poza testerem, była rozwarstwiona) i tym samym dostałam świeżutką pomadkę, z którą pobiegłam do kasy ^^


Tym razem mamy do czynienia z pomadką w płynie, która po niedługim czasie od nałożenia zastyga do matu. Wtedy też trzyma się na ustach jak oszalała, nie straszne jej pocałunki, przekąski czy herbata. Powiem więcej: w piątek pomalowałam nią usta o 13, a ona siedziała na nich prawie nienaruszona do 18. Czyli 5 godzin, wypełnionych gadaniem (prowadziłam lekcje) i popijaniem wody. Nieźle, co? (: Jedyna rzeczy, która mi w Edition Velvet przeszkadza, to zapach farby... Na szczęście wyczuwalny tylko podczas aplikacji.

Nówka sztuka z szuflady z niezerwaną banderolką
 
No to teraz prezentacja właściwa:



Najczęściej używam wersji matowych, szczególnie Golden Rose przyjemnie ożywia twarz. Pomarańcz na ustach wyparł w tej chwili prawie całkowicie mój makijaż oczu: cielisty cień, czarna kreska i tusz, to wszystko, co się tam dzieje. Usta robią całą resztę. Choć niektórzy nie lubią tak intensywnych kolorów i mówią, że "najpierw idą usta, a dopiero potem ja" (pozdrawiam mamę! (: ), ja jednak czuję się jak milion dolarów i cieszę się, że spróbowałam pomarańczu na ustach.

Teraz tylko czekać, aż przekonam się do fioletów, brr... :D

10 czerwca 2014

Serum do twarzy Receptury Babuszki Agafii

Mimo początkowych rozczarowań, zaliczam kolejne podejścia do rosyjskich kosmetyków. Jedne są mniej udane, inne znowu okazują się strzałem w dziesiątkę. Jednak sama nie wiem, jak zakwalifikować bohatera tej recenzji: 
organiczne serum do twarzy do 35 lat lat z serii Receptury Babuszki Agafii.



Produkt przychodzi do nas w kartoniku z mnóstwem informacji w języku rosyjskim. Szkoda, że na polski przetłumaczona jest jedynie ich niewielka część (zdjęcie niżej), ale to już jest urok kupowania kosmetyków nieprzeznaczonych na nasz rynek. Samo serum zamknięte jest w 30-mililitrowej buteleczce z ciemnego szkła. Całość wygląda estetycznie i budzi zaufanie. Aplikacja powinna odbywać się za pomocą pipety w nakrętce, ale tu zaczynają się schody...


Konsystencja zwyczajnie nie pozwala na korzystanie z niej zgodnie z przeznaczeniem. Serum ma postać lekkiego mleczka i zassanie go do pipety, a potem dozowanie za jej pomocą na skórę jest bardzo trudne... Dlatego szybko zrezygnowałam z tego sposobu, traktując pipetę jak szpatułkę.


Dzięki swojej konsystencji serum jest bardzo wydajne. Stosowałam je przez trzy miesiące codziennie wieczorem (czasem także rano) pod krem lub zamiast niego. W butelce została mi jeszcze połowa. Do posmarowania twarzy i szyi potrzebna jest naprawdę niewielka ilość produktu.


Jeśli chodzi o oczekiwane działanie, to serum miało ograniczyć przedwczesne starzenie się skóry, odżywiać i intensywnie nawilżać skórę oraz dostarczyć jej niezbędnych witamin i aminokwasów. O ile trudno mi zweryfikować pierwszą obietnicę producenta, pozostałe dwie mogę uznać za spełnione. Moja twarz dzięki stosowaniu serum była nawilżona, miała ładny, równomierny koloryt i naprawdę aż przyjemnie patrzyło mi się na siebie w lustrze, gdy wstawałam rano. Witaminy i aminokwasy zapewnia bogaty w naturalne ekstrakty i oleje skład:

Aqua, Rosa Daurica Pallas Extract, Rhaponticum Carthamoides Extract, Helleborus Extract, Artemisia Arctica Extract, Organic Juniperus Communis Extract, Organic Salvia Officinalis Extract, Glycerin, Glyceryl Stearate SE, Helianthus Annuus Seed Oil, Hippophae Rhamnoides Altaica Seed Oil, Althaea Rosea Oil, Rubus Chamaemorus Seed Oil, Centaurium Umbellatum Oil, Iris Pallida Root Oil, Xanthan Gum, Sodium Hyaluronate, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum.

Składniki aktywne:
Dzika róża Daurska  (Rosa Dahurica Pallas Extract) - wzmacnia procesy odnowy komórek skóry, odmładza ją i dostarcza wit.C
Szczodrak krokoszowaty (Rhaponticum Carthamoides Extract) - głęboko oczyszcza skórę i przywraca jej naturalny wygląd
Moroznik bajkalski  (Helleborus Extract) - normalizuje i usuwa obrzęki
Bylica arktyczna (Artemisia Arctica Extract) - wykazuje działa przeciwzapalne, a ponadto stymuluje syntezę kolagenu i reguluje gospodarkę tłuszczową skóry
Płucnica śnieżna (Cetraria Nivalis Extract) - ma właściwości oczyszczające, antybakteryjne i przeciwzapalne, a jednocześnie głęboko nawilża i reguluje gospodarkę wodno-tłuszczową skóry
Jałowiec  (Organic Juniperus Communis Extract) - poprawia krążenie krwi i przywraca skórze zdrowy wygląd
Szałwia (Organic Salvia Officinalis Extract) - wspomaga proces odbudowy kolagenu w skórze, przywraca jej sprężystość, a twarzy - naturalny owal
Olej słonecznikowy  (Helianthus Annuus Seed Oil) - uelastycznia skórę dzięki dużej zawartości kwasów wielonienasyconych i witaminy E
Rokitnik ałtajski  (Hippophae Rhamnoides Altaica Seed Oil) - poprawia wygląd skóry - ma działanie gojące i odżywcze
Malwa różowa  (Althaea Rosea Oil) - wykazuje działanie przeciwzapalne
Malina moroszka  (Rubus Chamaemorus Extract) - działa antyoksydacyjnie i wygładza drobne zmarszczki
Centuria pospolita  (Centaurium Umbellatum Oil) - intensywnie nawilża i dostarcza skórze witamin A i E, doskonale pielęgnuje cerę wrażliwą i zmęczoną
Kosaciec blady  (Iris Pallida Root Oil) - działa tonizująco

Gliceryna i substancje konserwujące zawarte w serum są pochodzenia roślinnego.
(źródło)


I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że wygląda na to, że serum już mi się zepsuło. Kupiłam je i zaczęłam używać w marcu tego roku, na opakowaniu widnieje data ważności do marca 2015. Tymczasem teraz, po zaledwie trzech miesiącach, jego zapach zmienił się: delikatnego, kwiatowo-kosmetyczny nabrał ostrej, metalicznej lub chlorowej nuty. Dodatkowo, po użyciu serum na noc w ostatnim tygodniu, rano budziłam się z kilkoma krostkami na twarzy. Odstawienie produktu przyniosło natychmiastowe polepszenie sytuacji, więc nie ma mowy o pomyłce.
Nie wiem, z czego wynika tak szybkie zepsucie się produktu. Zrozumiałabym, gdyby na opakowaniu znajdowała się informacja o krótkim okresie przydatności, ale tak nie jest: data jest odległa i nigdzie nie ma oznaczenia o przydatności od otwarcia. Możliwe, że ja zawiniłam, źle przechowując lub korzystając z serum: przyznaję się do zostawienia go parę razy na biurku (może słońce zaszkodziło?) i do dotykania pipety palcami (czystymi, ale zawsze...). Jednak nie jestem pewna przyczyn ze względu na brak informacji w języku polskim o prawidłowym przechowywaniu produktu.

Ogólnie nie wiem, co myśleć o tym produkcie. Jest dobry i działa tak, jak powinien, jednak szybko stał się niezdatny do użytku. Nie wiem dlaczego i nie wiem, czy pokuszę się o jeszcze jedną próbę.

Serum kupiłam w sklepie internetowym Twoja Mydlarnia za 21zł.

21 kwietnia 2014

The Game of Thrones project – house Stark

Wreszcie znalazłam czas, ochotę i wenę, żeby wrócić do GoT project! Ostatni makijaż zamieściłam rok temu, a tu możecie obejrzeć je wszystkie: KLIK.

Dziś na tapecie oraz na mojej twarzy ród Starków...

źródło
Biedni ci Starkowie... Tacy dumni, honorowi i uczciwi, a tak ich wszyscy w rzyć chędożą... Aż dziwne, że ród utrzymał się tak długo! Ich znakiem, jak twierdzi Game of Thrones wiki, jest szary wilkor na białym tle. Biel zdecydowanie pasuje do dalekiej północy, Winterfell i motta rodu, nieodłącznego "Winter is coming...".

Moja interpretacja:


W trakcie malowania byłam pewna, że to będzie najgorszy makijaż z tej serii, wyglądał strasznie biednie. Chciałam nawet zmyć jeszcze przed skończeniem. Na szczęście, im więcej pojawiało się szczegółów, tym lepiej wszystko wyglądało, a ostateczny efekt przeszedł moje oczekiwania (:

Użyte kosmetyki:
- podkład Bourjois Flower Perfection (51 vanille clair)
- korektor NYX HD (02 Fair)
- baza Art Deco
- kredka jumbo NYX (604 Milk)
- cienie: biały Miyo, szarości Sleek (palety Darks, Supreme, Bad Girl)
- eyeliner w płynie Wibo
- tusze do rzęs: czarny L'Oreal False Lash Wings i biały Essence
- błyszczyk Hean Colour Obsession (Berry Angel)

20 kwietnia 2014

Zakupowo - Hean

Każdy ma słabości. Mogę się powstrzymywać od jedzenia słodyczy, ale manii, jaka mnie ogarnia w sklepach internetowych chyba nigdy nie okiełznam :D
Niedawno zrobiłam zamówienie w sklepie Hean. Pretekst? Wytrzymałam dwa tygodnie na diecie i z ćwiczeniami, należy mi się nagroda! (;

Oto i ona:


Zaczęło się od lakieru - szukałam jasnego fioletu w typie Lavender My Secret, który miała moja mama i już nigdzie nie mogę go dostać... A szkoda mi 30zł na Essie Lilacism. Wygrzebałam nową kolekcję lakierów Hean na wiosnę-lato 2014... i zakupowe szaleństwo się rozpoczęło. Ogień podsyciła Czerwonowłosa, przypominając mi, że w Hean można zamówić próbki pomadek - jednorazowo 5 do zamówienia. Takich rzeczy się nie robi! :D


Wypatrzony przeze mnie fiolet 233 okazał się na paznokciach ciemniejszy niż chciałam, ale również bardzo interesujący, także zakup jest trafiony (: Przy okazji kliknął się kolega z tej samej serii, uroczy intensywny błękit 227 (świetny na lato na stopy!) oraz mięta 174 z serii City Fashion. Do koszyka poleciała też baza, bo kończy mi się 8w1 Eveline i chcę dać paznokciom od niej odpocząć (: 
Gratis przysługuje chyba każdemu zamówieniu; taki sam odcień lakieru (skądinąd bardzo ładny), tylko w innej buteleczce już od nich dostałam. Pewnie oddam mamie, której poprzedni bardzo się u mnie podoba (:


Cienie... Bo zamarzyło mi się skompletowanie nowej paletki. Czy Inglot sprzedaje jeszcze dziesiątki na okrągłe wkłady?
Wybrałam 837 - jasną, mleczną czekoladę z połyskiem (liczyłam, że będzie trochę chłodniejszy i ciemniejszy); 884 - satynowy, lawendowy fiolet; oraz 512 - odcień w typie golden rose. Swoją drogą Hean mógłby zrobić lepsze zdjęcia poglądowe do sklepu, bo można się mocno przejechać. Jasne, podają link do blogów, które ich zeswatchowały, ale to mało profesjonalne...


Zapowiedziane próbki produktów do ust. Zdecydowałam się na dwa odcienie pomadek z serii Vitamin Coctail Colour Intense, która zastąpiła opisywaną przeze mnie jakiś czas temu serię City Fashion (TUTAJ). Wzięłam ładną, soczystą czerwień i rozbielony koral, który chodził mi po głowie odkąd odkryłam, że wycofali matowe pomadki Manhattan, a wraz z nimi mojego koralowego ulubieńca. Ciekawe, jak próbki różnią się między sobą opakowaniem i gramaturą... Strawberry to właściwie nie próbka tylko pełnowartościowy produkt!
Dodatkowo wzięłam dwie próbki błyszczyków Colour Obsession, których małe opakowania mnie rozczulają ^^ Byłam pewna, że z tych dwóch odcieni bardziej przypadnie mi do gustu czerwony Raspberry Time, a tymczasem to zimny Berry Angel skradł moje usta. Jest na nich właściwie przezroczysty, ale wyraźnie ochładza odcień ust, co bardzo mi się podoba (:

Swatche cieni bez bazy, nakładane palcem

Z puli próbek wybrałam też matujący puder sypki. To naprawdę pokaźna odsypka! Jako gratis dostałam jeszcze próbkę matującego podkładu, ale patrząc na nazwę koloru, czuję, że nie nałożę go na twarz (;

Czuję się kosmetycznie zaspokojona. Przynajmniej do czasu następnej nierozważnej wizyty w jakimś sklepie internetowym, w czasie której coś "wpadnie mi w oko", coś innego "na pewno się przyda", a czegoś innego "jeszcze nie mam w takim odcieniu!". :D

18 kwietnia 2014

Meet Nudy! Róż Catrice Une Deux Trois

Limitka Catrice Une Deux Trois pojawiła się w Hebe niedawno (wnioskuję po pełnym standzie), a w jej skład wchodzą: pędzel kabuki oraz dopasowane w 5 zestawów pomadki, podwójne róże i lakiery w pełnym przekroju odcieni różu - od jasnego cielaczka przez fuksję po zimny róż przełamany fioletem.

źródło
Od początku kusiły mnie jedynie róże z tej edycji i do tego tylko dwa odcienie. Nudziak. Zwyklaczek. Cielaczek. Brakowało mi takiego różu: jasnego, naturalnego, nie nachalnego. W moich zbiorach miałam tylko Essence Silky Touch Blush w jasnym odcieniu Adorable, ale on już dokonuje żywota...
Wahałam się chwilę między C04 Meet Rosy i C05 Meet Nudy i ostatecznie zdecydowałam się na ten drugi.


Róż zamknięty jest w opakowaniu z solidnego plastiku. Mam obawy co do trwałości zamknięcia, ale mam nadzieję, że nic poważnego mu się nie stanie. Bardzo nie podoba mi się design... Ten fontowo-literkowy bałagan jest tandetny i na pewno nie dodaje urody prostemu opakowaniu, które, choć mało wyrafinowane samo w sobie, bez nadruku wyglądałoby sto razy lepiej. No ale nie o wygląd opakowania tu chodzi (:


Meet Nudy ma prześliczny, dość niespotykany różano-herbaciany odcień różu i na policzkach wygląda bardzo naturalnie. Stawiam, że zostanie moim ulubieńcem na długo, właśnie ze względu na oryginalny odcień (:

Od góry: część jaśniejsza, ciemniejsza i wymieszane
Róż jest dość twardy i żeby nabrać go na palce musiałam trochę się namacać, ale z pędzlem współpracuje lepiej (:

Na razie dzielę się bardzo pierwszym wrażeniem, ale jak tylko poużywam go jakiś czas, uzupełnię informacje o trwałości itp. 
Zdjęcie Meet Nudy na mojej twarzy też będzie, jak tylko uda mi się takie zrobić. Dzisiaj próbowałam przed wyjściem do pracy, ale muszę nałożyć go zdecydowanie więcej, żeby w ogóle zechciał pokazać się na zdjęciu... Mogę za to pokazać efekt moich dzisiejszych starań, czyli makijaż "prościej się nie da":

Moja całkowicie pozbawiona różu facjata

Na twarzy mam minimum: 

  • krem BB Bell (świetny!)
  • cień Maybelline Color Tattoo, On and on bronze
  • tusz L'Oreal False Lash Wings
  • kredka Catrice Eyebrow Lifter (pod łukiem brwiowym i na linii wodnej)
  • błyszczyk Hean Colour Obsession, nr 45 Berry Angel
... no i ten nieszczęsny Meet Nudy, zjedzony przez aparat :D

Btw, dałam sobie uciachać kawał włosia. Tak z 5cm minimum poszło, na moje wyraźne życzenie, bo podcinanie o 1cm nie polepszało już kondycji moich końcówek. Wysuszyły się, biedaki i zniszczyły tak, że szkoda gadać, toteż poszły pod nożyczki radykalnie. Teraz pielęgnuję znów tak, jak powinnam cały czas i liczę, że zapobiegnę kolejnej katastrofie (:

16 kwietnia 2014

Moje ulubione pędzle

Pozostając w temacie akcesoriów do makijażu, postanowiłam pokazać moje ulubione pędzle :) Nie jestem pędzlowym ortodoksem (w sumie do ortodoksji daleko mi w każdej dziedzinie, lubię umiar), więc nie mam parcia na super-duper-osom MACi czy inne Samanthy Chapman. W mojej kolekcji mam różne pędzle, głównie no name, Essence, e.l.f. i Hakuro.

Moja ulubiona siódemka, po którą sięgam najczęściej, prezentuje się następująco:


Mamy tu pędzel do pudru, różu i 5 pędzelków do oczu (: To właśnie tych ostatnich mam najwięcej rodzajów i najchętniej ich używam. O ile mogę spokojnie obejść się bez pędzla do podkładu, korektora itp, tak przy każdym jednym makijażu oka potrafię użyć co najmniej dwóch-trzech różnych pędzelków :D

Przyjrzyjmy się im bliżej:


Hakuro H55 - do pudru
Duży (5cm średnicy), bardzo gęsty pędzel o zbitym, mięciutkim syntetycznym włosiu. Nie rozpada się, nie łysieje w praniu. Napisy na trzonku niestety się ścierają. Musiałam nauczyć się nim posługiwać, bo ze względu na jego gęstość łatwo nałożyć za dużo pudru i wyglądać jak córka młynarza. Jednak po opanowaniu trudnej sztuki rozprowadzania nim sypańca na twarzy, pokochałam go. Za miękkość i szybkość pracy (:





Hakuro H24 - do różu
Niewielki (3cm "średnicy") pędzel, którym można precyzyjnie nałożyć i rozetrzeć róż. Tak jak poprzednik, wykonany jest z bardzo miękkiego włosia syntetycznego. Wcześniej używałam do różu skośnego pędzla z H&M, który miał twardsze i rzadsze włosie, ale był większy, a potem przeszłam na jajowaty Hakuro H14, którego kształt jednak mi nie odpowiadał. I tak jajko H14 przeznaczyłam do bronzera / rozświetlacza, a do różu używam teraz ściętego H24. Lubię go, ale nie obraziłabym się, gdyby był ciut większy...  No i niewątpliwą wadą było to, że w pewnym momencie się rozkleił - skuwka odpadła od trzonka. Jednak Kropelka załatwiła sprawę (:





Hakuro H74 - do rozcierania cieni
Spory puchacz z naturalnego, nieco sztywnego, ale nie drapiącego włosia. Pięknie blenduje cienie, właściwie bez wysiłku rozcieram nim smoka i łączę kolory. Jest duży, więc nie nadaje się do precyzyjnych przejść. Nie łysieje, nie rozpada się, nie podrażnia powieki. Bardzo go lubię (:






Pędzelki języczkowe do cieni
Większy to L'Oreal. Jestem tego pewna, mimo że napisy na trzonku dawno się starły. To bardzo stary pędzel, który leżał nieużywany u mojej mamy, więc go przejęłam i z wielkim powodzeniem wykorzystuję do nakładania neutralnego cienia na całą powiekę. Włosie jest gęste, miękkie i sprężyste, o spłaszczonym i zaokrąglonym kształcie. Nie wypada w praniu i nie odbarwia się. Musiałam go jednak skleić: skuwka przestała dogadywać się z trzonkiem po dwóch latach eksploatacji (; Taki sam pędzel, tylko o krótszym trzonku kupiłam kiedyś w H&M i jest równie dobry, choć częściej sięgam właśnie po ten. Chyba jednak długość ma znaczenie (;
Drugi, mniejszy języczek pochodzi z zestawu pędzli kupionego w TKMaxie, którego nazwy nie pamiętam. Ten pędzel jest bardziej spłaszczony i mniej gęsty, dzięki czemu świetnie nadaje się do precyzyjnego podkreślania załamania powieki i rysowania V w zewnętrznym kąciku oka (: Próbowałam używać go też do rozcierania kreski, ale jest na to za miękki. Też jest bardzo wytrzymały, choć nie udało się uniknąć incydentu ze skuwką... Ale znów: kropelka Kropelki i załatwione.






Kulki e.l.f.
No i last but not least: dwie kuleczki do rozcierania e.l.f. Ich niewątpliwą zaletą jest to, że są tanie - kosztują ok. 10zł/szt, a są świetnej jakości (:
Większa jest zdecydowanie moim ulubieńcem do blendowania załamania powieki. Włosie jest mięciutkie, gęste, nie traci się w praniu. Bardzo ładnie, stopniowo rozciera cienie, nadaje się do precyzyjnych robót, jak właśnie cieniowanie załamania.
Mniejsza kuleczka, mimo swojej nazwy, nie sprawdziła się u mnie w załamaniu powieki... Przez nierówno i w ogóle jakoś dziwnie przycięte włosie (widać na zdjęciu) nie nadaje się do nakładania cienia w tym miejscu, a poza tym trochę drapie. Znalazłam dla niej jednak inne zastosowanie: świetnie rozciera kredkę! Do tego potrzebne jest właśnie trochę sztywniejsze włosie, a dzięki swoim niewielkim rozmiarom, sprawdza się przy rozcieraniu kreski przy górnych rzęsach. Przy dolnych też daje radę, ale trzeba uważać, żeby sobie tymi włoskami nie podrapać linii wodnej.




Moja kolekcja pędzli stopniowo się rozrasta. Nie dorobiłam się jeszcze idealnego pędzelka do eyelinera... Te skośnie ścięte są zbyt sztywne i przez to mało precyzyjne przy jaskółce, podobnie te kształtem przypominające pędzelek do ust (takie, jak w zestawie z żelowym linerem Maybelline). Myślę, żeby kupić sobie precyzyjny cienki pędzelek w sklepie dla plastyków albo ten słynny Inglot z wygiętą skuwką... Ale to jeszcze przede mną (:

4 kwietnia 2014

Wiosenne akcesoria - Essence Bloom Me Up!

Poszłam dzisiaj do Hebe po dwufazę do demakijażu i stwierdziłam przy okazji: "a, popatrzę, co nowego w kolorówce. W końcu od dawna nic mnie nie kusi, what could possibly happen?". Nie przewidziałam standu limitki Essence :D


Bloom me up rzuciła mi się w oczy już jakiś czas temu, przy zapowiedziach. W jej skład powinny wchodzić róże w sztyfcie, cielista kredka do oczu, lakiery, cienie, pomadki, rozświetlacz i duuuużo akcesoriów:
  • etui na pędzle
  • pędzle do różu, pudru, cieni i brwi, a także gąbeczka do korektora i pędzel kabuki
  • jajko do podkładu czyli jakiś essence'owy Beauty Blender
  • pacynki do cieni
  • kompaktowa szczotka do włosów
  • zalotka
 Cała limitka powinna wyglądać mniej-więcej tak (brakuje tu kabuki i jajka):
źródło

A tymczasem w Hebe był stand zawierający tylko część skarbów:

źródło
Ciekawe, czy podzielili tę limitkę na dwie serie czy może całość trafia tylko do wybranych sklepów? Chętnie złapałabym też kabuki i jajko do podkładu, widziałam je na zagranicznych blogach. Ale nie narzekam, swoje złapałam z tej limitki (: 





Wzięłam etui na pędzle (małe, ale akurat na wyjazdy!), pędzelki do oczu i skośny ze szczoteczką do brwi. Nie oparłam się też kredce-podnośnikowi Catrice (;
Pędzelki są po pierwsze śliczne: kolorowe trzonki z uroczymi wzorkami sprawiają, że się uśmiecham, kiedy na nie patrzę. Włosie jest miękkie, ale bardzo sprężyste, gęste i zbite. Ciekawe, czy będą łysieć... Jest spora szansa, że nie, bo pozostałe pędzelki Essence są dobrej jakości.
Co zabawne, akcesoria mają swoje nazwy: etui to Ready To Bloom, zielony pędzelek - Blow My Mint, a pomarańczowe - Blooming Tender (:


Kredka Catrice to Eyebrow Lifter, czyli podnośnik do brwi :D Jej pierwowzór wchodził w skład limitowanej edycji Hollywood's Fabulous 40ies i był jej hitem. Żałowałam, że wtedy nie wzięłam tej kredki, ale teraz można już ją kupić w stałej ofercie i nieco zmienionej szacie graficznej: stara Casablanca's Highlight miała czarne opakowanie z bladoróżowymi kwiatami, a Lift Me Up, Scotty! ma bladoróżowe z czarnymi (; Ciekawe czy kolor jest dokładnie taki sam.


Wiecie jak to jest z tym Bloom me up? Macie na coś ochotę? Podobno limitka rozchodzi się w ekspresowym tempie...