16 czerwca 2014

Kobieta zmienną jest, czyli nie ma "nigdy"

Kiedyś myślałam, że pomarańcz to kolor, który NIGDY nie zagości w moim makijażu. Tymczasem, chyłkiem, za pośrednictwem złamanych korali, wkradł się w końcu na moje usta. I to od razu z pełną mocą soczystego koloru! 
Przekonałam się, że bardzo mi taki pomarańcz pasuje, czuję się w nim lepiej niż w różach i nawet mimo swojej jaskrawości, nadaje się na co dzień lepiej niż czerwienie (:

Tak więc dzisiaj trzy pomadki, które w tym sezonie wylądowały w mojej kosmetycznej szufladzie i na zmianę panoszą się na moich ustach (:


Golden Rose z serii matowej, nr 06 - najbardziej pomarańczowy, mocno matowy odcień.
Rimmel Moisture Renew, nr 660 In love with Ginger - pomarańcz z kroplą czerwieni i lśniące wykończenie.
Bourjois Rouge Edition Velvet, nr 04 Peach Club - złamany, przybrudzony ale wciąż intensywny, matowy pomarańcz.

Golden Rose Velvet Matte, nr 06


Matowa seria pomadek Golden Rose już dawno zdobyła szturmem kosmetyczki. Tylko ja się jakoś uchowałam (: Oglądałam w sklepie internetowym i podziwiałam na blogach, ale kupiłam w sumie przy okazji, dopiero gdy zagnało mnie na wyspę GR w poszukiwaniu konturówki do rimmelowego gagatka opisanego poniżej. Jak już odwiedziłam ten przybytek rozpusty, stwierdziłam, że rzucę okiem na słynne Velvety i... przy 06 moja mania pomarańczu uległa pogłębieniu.

Odcień jest intensywny, ale dzięki matowemu wykończeniu wygląda świetnie i nadaje się nawet na co dzień. Pomadka leciutko słodko pachnie, rozprowadza się bezproblemowo, nie jest tępa jak niektóre matowe szminki. Trwałość na ustach jest ok, zupełnie normalna. "Zjada się" równomiernie. Przyczepię się do opakowania - zatyczka bez "klika" może się łatwo otworzyć w torebce. Mnie się jeszcze nie zdarzyło, ale ryzyko jest :/



Rimmel Moisture Renew, nr 660 In love with Ginger


Zaczęło się od Panny Joanny i jej prezentacji tego odcienia, po której zapałałam dziką chęcią posiadania. Po obejrzeniu testera w drogerii zrezygnowałam z zakupu, bo "przecież taki jaskrawy kolor nie będzie mi pasował...". Tak chodziłam wokół słodkiej Ginger dłuższy czas, aż w końcu kupiłam, korzystając z 49% promocji w Rossmanie.

Pomadka pachnie słodko, ale kosmetycznie: niezbyt przyjemnie, ale do przeżycia. Na ustach zostawia bardzo intensywny, lśniący kolor. Przez swoją lekką, "śliską" konsystencję niestety rozlewa się poza kontur ust, włażąc w drobne bruzdy i załamania :/ Konturówka jest więc niezbędna, ale trudno znaleźć taki odcień pomarańczowej czerwieni... Ja w końcu zdecydowałam się na Golden Rose Emily, nr 216, która jest czysto pomarańczowa, ale wygląda w duecie z Rimmelem lepiej niż czerwień. Pomadka nie wżera się w usta, łatwo ją rozmazać, ale bez wpadek znika z ust równomiernie.



Bourjois Rouge Edition Velvet, nr 04 Peach Club


O tej serii pomadek Bourjois zrobiło się głośno podczas tygodnia promocji produktów do ust w Rossmannie. Wtedy mnie nie kusiły, bardzo długo potem również nie, aż do pewnej wizyty w drogerii, kiedy postanowiłam sobie obejrzeć z bliska te matowe odcienie. Przy 04 przepadłam. (Właściwie to przepadłam też przy takiej ładnej brązowej czerwieni, ale ją zostawię sobie na jesień. Może do jesieni o niej zapomnę i portfel będzie uratowany?). Poprosiłam ekspedientkę o nowy egzemplarz z szuflady (bo jedyna czwórka w szafie, poza testerem, była rozwarstwiona) i tym samym dostałam świeżutką pomadkę, z którą pobiegłam do kasy ^^


Tym razem mamy do czynienia z pomadką w płynie, która po niedługim czasie od nałożenia zastyga do matu. Wtedy też trzyma się na ustach jak oszalała, nie straszne jej pocałunki, przekąski czy herbata. Powiem więcej: w piątek pomalowałam nią usta o 13, a ona siedziała na nich prawie nienaruszona do 18. Czyli 5 godzin, wypełnionych gadaniem (prowadziłam lekcje) i popijaniem wody. Nieźle, co? (: Jedyna rzeczy, która mi w Edition Velvet przeszkadza, to zapach farby... Na szczęście wyczuwalny tylko podczas aplikacji.

Nówka sztuka z szuflady z niezerwaną banderolką
 
No to teraz prezentacja właściwa:



Najczęściej używam wersji matowych, szczególnie Golden Rose przyjemnie ożywia twarz. Pomarańcz na ustach wyparł w tej chwili prawie całkowicie mój makijaż oczu: cielisty cień, czarna kreska i tusz, to wszystko, co się tam dzieje. Usta robią całą resztę. Choć niektórzy nie lubią tak intensywnych kolorów i mówią, że "najpierw idą usta, a dopiero potem ja" (pozdrawiam mamę! (: ), ja jednak czuję się jak milion dolarów i cieszę się, że spróbowałam pomarańczu na ustach.

Teraz tylko czekać, aż przekonam się do fioletów, brr... :D

18 komentarzy:

  1. Uwielbiam takie odcienie. Mam tę szminkę z Rimmela, ale w sumie rzadko po nią sięgam. Spodobał mi się Peach Club z Bourjois, nawet miałam wziąć ten odcień w czasie Rossmannowskiej promocji, ale ostatecznie postawiłam na bardziej stonowany Nude-ist :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odkąd mam maty, też rzadziej sięgam po Ginger, jest jednak kłopotliwa. A im dłużej używam Bourjois, tym bardziej jestem przekonana, że na jednym odcieniu się nie skończy :D

      Usuń
  2. Ja raczej w pomarancze nie pojde, choc nie powiem ze na pewno :D
    A ja od Pomadek z GR trzymam sie z daleka, choć baaaardzo glosno mnie wolaja za kazdym razem gdy jestem w poblizu stoiska GR ;)
    Te pomadke z Burzujka tez bym chciala, tylko mam dwa "ale" :
    1. Pomadek mam od ciut ciut i jeszcze wiecej
    2. Sa dosyć drogawe :/
    Zsumowanie tych dwóch punktów skutkuje tym, ze póki co nie kupuje :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję silnej woli, moja szwankuje, jak widać :D

      Usuń
  3. ja wciąż jestem na etapie koralu i brzoskwinki. prawdziwy pomarańcz jeszcze mi sie na usta nie wkradł :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Jeszcze" (;
      Korale i brzoskwinki są bardzo twarzowe!

      Usuń
    2. nominowałam Cię do liebster award, jeśli tylko masz ochotę się przyłączyć do zabawy :)

      Usuń
  4. Nosiłabym pomarańczki, ale musiałabym najpierw wybielić zęby. Bardzo mi się podoba wykończenie Rimmela, ale damn, skoro taka trudna w obsłudze, to nie zaryzykuję pomadki z tej serii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety :/ Sama mam dwie (Ginger i jeszcze klasyczną czerwień) i sięgam właściwie tylko po pomarańczkę, głównie ze względu na kolor...
      Ale dużo osób sobie chwali te pomadki, więc może warto spróbować? (:

      Usuń
  5. Już wiem jaka będzie następna GR do kolekcji:)

    P.S. Fiolety też uwielbiam!:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja uwielbiam fiolety. A "pomarańcz to kolor, który nigdy nie zagości w moim makijażu". :D
    Serio. Nienawidzę. Kosmetyków, ciuchów, pomalowanych ścian, nawet logo bloggera mnie denerwuje.
    Chociaż te Twoje mają całkiem ładny kolor. Ale i tak się nie skuszę.
    Chyba, że na inny kolor tej ostatniej. Ale tylko dlatego, że zwrot "trzyma się na ustach jak oszalała" mnie przekonał. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdemu według gustu (:
      Bourjois ma w tej serii właściwie same ładne odcienie, nawet jakiś z kroplą fioletu się znajdzie (:

      Usuń
  7. U mnie pomarańcz świetnie się przyjął, głównie w postaci pomadki Catrice Princess Peach :-))

    OdpowiedzUsuń
  8. Wyglądają świetnie na ustach!
    Chociaż ja raczej nie czuję się dobrze w tak mocnych kolorach. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Lubię takie odcienie, przypominają jesienne liście. I nadają się na codzień, nie to co moja ulubiona, krzycząca czerwień. A rudy pasuje do moich wrednych włosów :) Dzięki za inspirację!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja nadal tak myślę, jak Ty kiedyś. Trzymam się z daleka od wszelkich pomarańczowych tonów.

    Ale ładnie wyglądają na Tobie. :-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ojej, a czemu Ty nie piszesz swojego bloga? Masz lekkie pióro i takie śliczne usta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agato, ślicznie dziękuję za oba komplementy i za komentarz!
      Bloga piszę, ale nie tu - zapraszam na https://agwordsandcrafts.wordpress.com/blog/ !

      Usuń

Spam zjedzą ryby.